"I found myself in Wonderland, Get back on my feet again"

~ Avril Lavigne "Alice"





31 grudnia 2009

Rozdział 9.

-Chcesz zobaczyć..No,czy chcesz,abym teraz się zmienił?-spytał niepewnie,patrząc na mnie ukradkiem.Zastanawiałam się chwilę.Uśmiechnęłam się delikatnie do Niego.
-Pewnie.-oznajmiłam,głaszcząc mojego chłopaka po policzku.Dziwnie brzmiało to określenie.Ja go tak nie nazywałam,ale taka była prawda.Przynajmniej dla ludzi z otoczenia.Ale dla mnie on był kimś więcej.Takim opiekunem.
Wtem Jake wstał z miejsca i rozejrzał się.
-Poczekaj chwilę.-szepnął,znikając szybko w krzakach.Kątem oka zauważyłam,że na łydce ma przewiązany rzemień.Główkowałam się nad tym chwilę,ale rozmyślania przerwał mi głośny i krótki huk.Aż podskoczyłam.
-Jake...?-jęknęłam,wstając pospiesznie z miejsca.Coś w mojej głowie nakazywało mi zostać na miejscu i siedzieć cicho,ale najzwyczajniej w świecie to olałam.Niespodziewanie przede mną coś poruszyło się w krzakach.Odetchnęłam z ulgą,ale nie przestałam się martwić.Jednak się bałam.Bałam się jak on wygląda jako ten wielki wilk.Nagle zza zielonkawych krzewów ujrzałam ogromną głowę psa.Zaśmiałam się z siebie w myślach.Przypominała ona bardziej głowę wilka,tylko,że była większa.I te czekoladowe oczy...Jake.To musiał być Jake.
-Jacob.-wyszeptałam,a na moje usta skradł się delikatny uśmiech.Basior zaszczekał,za co ja przyjęłam,że się śmieje.Również zachichotałam i odsunęłam się trochę do tyłu.W tym samym momencie mój Jake wyszedł do przodu,stawiając ostrożne,ale ogromne kroki.Jaki on był wielki!Trzy razy większy ode mnie i dwa razy większy od normalnego wilka.Rozszerzyły mi się oczy,a basior znowu zaszczekał i pokręcił łbem,jakby chciał mi coś zakomunikować.Przekręciłam głowę z zaciekawieniem w bok,a basior posłusznie usiadł.Po chwili ułożył ogromny łeb na zielonej ściółce i patrzył prosto na mnie.Wskazał po chwili łbem swój grzbiet,a ja dopiero po chwili zrozumiałam,o co chodzi.
-Że mam wejść na Ciebie?!Jake,zwariowałeś!-pokręciłam głową,krzyżując ręce na piersi.Patrzyłam na niego spod wachlarzy czarnych rzęs.Niby jak ja miałabym się tam dostać?!W tym samym momencie Jacob szturchnął mnie swoim dużym nosem.Parsknęłam wesołym śmiechem.
-No dobra,dobra.-wywróciłam komicznie oczami i podeszłam ostrożnie do jego grzbietu.Przygryzłam swoją zaróżowiałą wargę.
-Nie będzie cię boleć,jak złapię się twojej sierści?-szepnęłam niepewnie,a basior pokręcił przecząco głową.Wzruszyłam ramionami i ostrożnie złapałam się jedną ręką łopatki wilka,a drugą jego sierści.Sprawnie wylądowałam na miękkim i rozgrzanym grzbiecie mojego ukochanego.
-Ale czad...-wyszeptałam do siebie,a Jake zaszczekał kilka razy.Wywróciłam zabawnie oczami.
-I co się śmiejesz?-pokazałam mu język,chociaż on pewnie tego nie widział.Po chwili westchnęłam.
-Dobra,usiadłam już.Mogę zejść?-spytałam do ucha wilka,opierając podbródek o jego miejsce pomiędzy łopatkami.Jacob pokręcił głową.Zmarszczyłam z zaciekawieniem nos.
-To co my teraz...-nie dokończyłam,bo Jake znów zaszczekał i począł biec przed siebie.
-Jake!!!-krzyknęłam w niebogłosy,kurczowo trzymając się jego rdzawo-brązowej sierści.Z czasem zaczęło mi się to podobać i oderwałam rozgrzany policzek od jego sierści i rozejrzałam się.Wokół mnie powstała zielona mozaika,więc domyśliłam się,że tak szybko biegniemy.Poczułam chłodny wiatr we włosach i uśmiechnęłam się szeroko.Dopiero teraz zdałam sobie sprawę,że moje życie powoli zmienia się w baśń nie z tego świata.
***
Przepraszam za taki krótki rozdział,ale dzisiaj sylwester i jakoś nie miałam ochoty napisać coś więcej.;)) Ale i tak nikt tego nie czyta. -,-

29 grudnia 2009

Rozdział 8.

Miesiąc później.

-Wiesz,jest mi tak wspaniale z Tobą.-uśmiechnął się Jake.Odwzajemniłam uśmiech,głaszcząc chłopaka po rozgrzanym policzku.Niespodziewanie Jacob stracił humor i z cichym westchnięciem pełnym smutku wstał z liliowej pościeli mojego łóżka.Począł krążyć po pokoju,jakby nad czymś się zastanawiał.Posunęłam się bliżej ściany,aż w końcu oparłam się o nią i skrzyżowałam ręce na piersiach.Pewnie chciał mi coś powiedzieć.Coś ważnego.Już chciałam coś powiedzieć,jednak Jacob mnie uprzedził.Usiadł spowrotem na skrawku łóżka i ujął moją dłoń.
-Alice...Już ponad miesiąc jesteśmy razem.Nie mamy żadnych tajemnic,oprócz tej jednej...-Jake wziął głęboki oddech,jakby wahał się,czy ma mi to wyjawić.-Muszę ci powiedzieć,o co dokładnie chodzi.Mam dosyć tego kłamstwa.Ale wiedz,że to jest em...Zarówno trudna do zrozumienia sytuacja jak i niebezpieczna.-spojrzał mi powolnie w moje oczy.Przysunęłam się do niego bliżej i musnęłam koniuszkiem nosa jego policzek.
-Powiedz mi o co tu chodzi...Powiedz wszystko.Jestem gotowa i nikomu nie powiem.Obiecuję.-wyszeptałam lekko drżącym głosem.Zmarszczyłam nos z zastanowieniem.Czego ja się bałam?!Przecież był to mój Jake!Nic mi nie mógł zrobić!Uśmiechnęłam się delikatnie w jego stronę i wstałam na równe nogi,otrzepując swoje dżinsowe,dziurawe szorty.Jacob zrobił to samo i uśmiechnął się radośnie,poczym znowu westchnął.
-Musimy pójść do lasu.-oznajmił tylko i rozejrzał się.Jego ciemnoczekoladowy wzrok w końcu utkwił na mnie.Zrozumiałam,o co mu chodzi.
-Lindsay jest w pokoju...Wyjdź przez okno,a ja pójdę dołem.-szepnęłam,przysuwając się do niego szybko.Zawsze przed tym,jak odchodziliśmy od siebie,całowaliśmy się.Do końca tego nie rozumiałam,ale podobało mi się to.Teraz Jake znowu mnie pocałował tak,jakbyśmy mieli się już nigdy nie spotkać.Przymknęłam oczy z zamiarem przedłużenia pocałunku,ale Jacob uśmiechnął się tylko łobuzersko i z cichym śmiechem oderwał ode mnie.Patrzyłam na niego z rozbawieniem,poczym gdy Jacoba już nie było w moim pokoju,szybko wyszłam z pomieszczenia i skierowałam się na dół,robiąc przy tym ogromny hałas.Lindsay była na dole,jak się okazało.Siedziała na sofie przed telewizorem,w ręku trzymając puszkę jakiegoś napoju energetyzującego.Wywróciłam oczami.
-Idę na spacer z Jacobem.-rzuciłam tylko.Lindy pomachała mi,a ja zarzucając na swoje ramiona szarobury sweter wyszłam na zimne powietrze.I to lubiłam w swojej siostrze.Wiedziała,że jesteśmy z Jake'iem parą,ale nie wtrącała się.Kochana siostrzyczka.Zaśmiałam się do siebie w myślach.
***
-To..co chcesz mi pokazać?-spytałam niepewnie,kiedy szliśmy powolnym krokiem poprzez zacieniony i zamglony las.No tak.Był grudzień.Dziwiło mnie,że jeszcze nie spadł śnieg.Chociaż,gdy oglądałam prognozę pogody razem z Lindy,to zapowiadało się na lekkie opady.Nagle Jake zatrzymał się,jednak ja byłam tak zamyślona,że szłam nadal.Dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę,że nie słyszę jego kroków.Zatrzymałam się gwałtownie i ze zmarszczonym nosem,odwróciłam się na pięcie.Jake,ze skrzyżowanymi rękoma,uśmiechał się do mnie łobuzersko.
-O czym ty tak intensywnie myślisz,hm?-zaśmiał się dźwięcznie,a jego urokliwy śmiech rozszedł się po lesie echem.Z radosnym uśmiechem podreptałam w jego stronę,przekrzywiając głowę z zaciekawieniem.
-No pokaż mi tę tajemnicę.-poganiłam go,niecierpliwiąc się powoli.Jake westchnął i oparł się niedbale plecami o korę pobliskiego,rozgałęzionego drzewa.
-Muszę cię ostrożnie wprowadzić w ten temat,bo mi nie uwierzysz.-wziął głęboki wdech,kontynuując swój monolog.W tym czasie ja usadowiłam się na ogromnym głazie naprzeciw Jacoba.-Wiesz,że nie jestem do końca normalnym człowiekiem.Jestem nadnaturalnie gorący,szybki,sprawny i umięśniony.Wtedy jak znikałem w lesie,to właśnie z tego powodu.Mam tak jakby swoją watahę...Kilka umięśnionych nastolatków.Wszyscy jesteśmy...-wziął głęboki wdech.-Wilkołakami..-wyszeptał,ale tak wyraźnie,żebym ja usłyszała.Oddech niespodziewanie mi przyspieszył.Wilkołak?!Czyli człowiek,który przemienia się w wyrośniętego wilka!Jak to możliwe?!Przecież...Przecież to mój Jake!Mój Jacob był ogromnym wilkołakiem!
Jacob zauważył,że przeżywam niemały szok i podszedł do mnie,nie robiąc przy tym hałasu.Pewnie to właśnie jedna z tych "wilkołakowych" zalet.Mój ukochany kucnął przede mną i spojrzał mi prosto w oczy.
-Alice...Wiem,że to dla Ciebie trudne.Ale uwierz,my jesteśmy normalni.Tylko tak zwani "nowi"...Im trudniej się kontrolować.Wtedy zmieniają się w wilki.-tłumaczył mi Jacob,a ja tylko niewidzącym wzrokiem wpatrywałam się w jego śniadą skórę.Powoli dochodziło do mnie,że żyję już w innym świecie.W świecie pełnym wilkołaków.Uśmiechnęłam się delikatnie,patrząc Jake'owi w oczy.
-Ale fajnie.Więc ty jesteś wilkołakiem,tak?Ekstra.Mój chłopak zmienia się w ogromnego basiora.-powiedziałam sama do siebie.Po chwili parsknęliśmy wesołym śmiechem,który rozniósł się echem po lesie.

21 grudnia 2009

Rozdział 7.

Jak podejrzewałam,kiedy otworzyłam powieki,Jake'a nie było.Nie zmartwiłam się tym jednak,bo za chwilę mieliśmy się zobaczyć w samochodzie.Zamrugałam sennymi i ciężkimi powiekami,ziewając cicho.Byłam ciekawa,czy Lindy już wróciła i o której.Pewnie Jake wyszedł razem z nią-oczywiście,on przez okno.Już miałam zrobić pierwszy krok na dywan,kiedy usłyszałam pukanie.
-Proszę...-mruknęłam pod nosem,drapiąc się za uchem.Wtem drzwi do mojego pokoju otworzyły się i wyszła z nich moja siostra,w starej,dziurawej bluzce i zpodkrążonymi oczami.Nie mogłam uwierzyć!
-Lindy,co ci..-nie zdążyłam dokończyć,bo Lindsay przyłożyła sobie palec do ust i westchnęła cicho.
-Trochę za bardzo zabalowałam.-mruknęła tylko i za chwilę zniknęła za dębowymi drzwiami.Westchnęłam pod nosem.Jedyne,co mnie pocieszało to myśl,że za chwilę spotk Jacoba.Natychmiastowo uśmiechnęłam się wesoło,drepcząc po liliowym dywanie do szafy.Otwarłam ją i przeszukałam doszczętnie.Jedyne,co wpadło mi w oko na dzisiejszy dzień,to była bombkowata,purpurowa sukienka.Kątem oka zerknęłam za okno.Nie padało,słońce od czasu do czasu pojawiało się zza chmur.Szczęście mi dopisywało.Przygryzłam zaróżowiałą wargę i rzuciłam na łóżko sukienkę,rajstopy w odcieniu jasnego fioletu oraz liliowe bolerko.Nie miałam pojęcia,dlaczego jeszcze nikt nie zwrócił na mnie uwagi!Przecież tylko ja w tej szkole chodziłam na okrągło w różnorakich odcieniach fioletu.Nie mogłam powstrzymać nachodzącej fali chichotu i parsknęłam cichym śmiechem.Wzięłam parę głębokich wdechów aby się uspokoić i porwałam w swoje kruche dłonie mój zestaw.W mig znalazłam się w łazience,otoczona stonowanymi kafelkami.
***
-Do zobaczenia,Lindsay!-krzyknęłam w stronę góry,kiedy znalazłam się przy drzwiach wyjściowych.Nie miałam pojęcia,czy moja siostra pójdzie do szkoły.W każdym bądź razie,wiedziałam jedno-nie powiem Charliemu.Po tylu latach spokoju należało jej się odrobinę zabalowania.
-Cześć!-mruknęła tylko siostra.Zapewne leżała w łóżku,okryta po uszy koldrą.Wziąwszy głęboki oddech,wyszłam na drodze ku przeznaczeniu,którym był Mój Indianin.Nawet nie zważałam,że nieco chłodny wiatr owiewa moją twarz,muskając ją zimnym powietrzem.Kiedy już znalazłam się na pożółkłej trawie,ujrzałam Go.Młody Indianin o śniadej cerze,wychodzący z wnętrza małego,czerwonego domku.Jakby odruchowo od razu spojrzał w moją stronę.Uśmiechnął się łobuzersko,a ja niczym uwolniony po kilku latach ptak,pognałam ku niemu.Przyjął mnie w swoje mocne i ciepłe ramiona,unosząc mnie wysoko nad ziemią.Śmiałam się w niebogłosy,wtulając twarz w wgłębienie w szyi chłopaka.Gdy Jake odkrył,że powoli brak mi powietrza,postawił mnie na równe nogi.Wzięłam głęboki wdech.
-Twój śmiech przypomina dzwonki puszczone na wietrze,wiesz?-mruknął zadowolony Jacob,chichocząc pod nosem.Dopiero teraz zdałam sobie sprawę,że samochód Jacoba znalazł się przed domem,a nie w garażu.Uniosłam brew,spowrotem patrząc na jego rysy twarzy.
-Jedźmy do szkoły.-uśmiechnęłam się ciepło,a chłopak objął mnie ramieniem i podprowadził do drzwiczek samochodowych.Otworzył je przede mną.Weszłam do środka bez sprzeciwu,rozglądając się wesoło.Tak,sam początek był wspaniały.A ja już nie mogłam doczekać się kolejnej części.Niespodziewanie Jacob znalazł się obok mnie,pochylając się nieco nade mną.Poczułam,jak moje policzki oblewają się szkarłatem.Jake ujął mój podbródek niepewnie,muskając nosem po moim poliku.Oddychałam nie równo.Nie miałam pojęcia,co Jake zamierza.Ale byłam gotowa na wszystko.A nwet pargnęłam wreszcie poczuć jego usta.Wtem Jacob musnął swoimi rozgrzanymi wargami moje karminowe usta.Nie mogąc się powstrzymać,ujęłam jego twarz swoimi kruchymi dłońmi,przymykając powieki.Nie obchodził mnie nawet Billy,który wyglądał zza firanki wydając głuchy dźwięk.Oddałam się miłości do mojego Indianina.

18 grudnia 2009

Rozdział 6.

Nie mogłabym zasnąć.Nawet gdybym chciała,nie było opcji.Oczywiście zadzwonił Charlie z kontrolą.Odpowiedziałam,że wszystko w jak najlepszym porządku.Nie musiałam wspominać,co robi Lindsay.Nawet o to nie pytał.A Billy...Billy tylko zapukał do drzwi.Gdy zobaczył mnie,spytał,gdzie Lindy.Nawet nie musiałam długo myśleć.Zmyśliłam coś,że bierze prysznic.A staruszek nie zadawał zbędnych pytań i poszedł do siebie.Dopiero teraz,siedząc przed oknem w salonie,zdałam sobie sprawę,że pozwolenie na wyjście Lindy było złym pomysłem.Musiałam siedzieć w domu sama,z telewizorem,zostawiona na pastwę losu.No tak...Oczywiście obok strużował Billy,niedaleko Charlie i...I On.Nie miałam nawet chęci i siły wypowiedzieć Jego imię.Puknęłam się z całej siły w czoło.
-Ale ze mnie idiotka...-skarciłam się szeptem i westchnęłam.No i co miałam robić?Mogłabym zadzwonić...Do Niego.Lub do Sue i Ashlee...No tak!Szybkim ruchem zerknęłam na tarczę zegara.Dwudziesta dwadzieścia...A może jeszcze nie śpią?Musiałam spróbować.Dobrze,że wcześniej przytargałam telefon.Wybrałam numer do Ash i nacisnęłam przycisk "zielonej słuchawki".Sygnał...Sygnał...Sygnał..."Abonent czasowo niedostępny".
-Ashlee no...-mruknęłam pod nosem i rzuciłam komórkę ze złością na poduszkę.Pociągnęłam nosem.Kompletnie nie miałam co robić...Chciałam tylko z Nim porozmawiać.Po prostu.Twarzą w twarz.Z westchnięciem zabrałam telefon,inne rzeczy(między innymi:kubek z gorącą czekoladą,popcorn i poduszkę) i pobiegłam na górę do swojego "Królestwa purpury" jak to określiła Lindy niedawno.Postawiłam swoje zdobycze na biurku i usiadłam na parapecie,wpatrując się w las jak zaczarowana.Rozważałam wszystkie opcje.Może...Może miał jakichś kolegów-łobuzów i wstydził się ich mi przedstawiać?Może...Nie wiem.Sama nie wiem już kompletnie.Załamałam ręce i spuściłam wzrok.Po kilku minutach cisza mi ciążyła i włączyłam magnetofon.Pierwsza piosenka była akurat w moim nastroju.Przygaszona,melancholijna,nostalgiczna...Smutna.Już miałam rzucić się na łóżko z płaczem,kiedy na dole,pod oknem doszły do mnie dziwne dźwięki.Jakby jakieś drapanie...A jeżeli to złodziej?!Lub niedźwiedź?!Oddychałam w miarę równo i głęboko,ale mój umysł nakazywał mi uciekać.
-Alice,słyszysz mnie?-doszło do mnie.Jacob.Tak,Jake.Zmarszczyłam nos i otworzyłam okno na oścież.Do pokoju pełnego lilii wtargnęło zimne powietrze.Zadrżałam,ale wychyliłam się.Pod drzewem stał Mój Indianin.Nie miał koszulki,co mnie bardzo zmartwiło.Przecież było tak zimno!Mógł się przeziębić!Ale nie miałam czasu na troski.
-Jake?!Co ty tu robisz?!-patrzyłam na niego jak w obrazek,chociaż jeszcze nie zabliźnione rany piekły mnie cholernie.Przełknęłam ślinę,oddychając nierówno.
-Odsuń się.Zaraz do Ciebie wejdę.-krzyknął Jacob.Chciałam już zaprotestować,ale moje nogi nie posłuchały i odsunęłam się pod same drzwi.Jak on miał tutaj wejść?!Przecież było tak wysoko!Przełknęłam ślinę,opierając się rękoma o dębowe drzwi.Niespodziewanie przed moimi oczami ukazał się Jacob,patrząc na mnie ze skruchą.Wzięłam głęboki oddech,a on w tej właśnie chwili jednym sprawnym ruchem przysunął mnie do swojego rozgrzanego ciała.Poczułam,jak tracę oddech.Łapałam powietrze garściami,chcąc jakoś odsunąc od siebie Jacoba,ale nie miałam siły.Nawet nie miałam siły zastanowić się,dlaczego jest taki gorący,silny i umięśniony.
-Jake...-jęknęłam,oddychając nierówno.Chłopak spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem,poczym odsunął mnie gwałtownie od siebie.Spuścił wzrok.
-Wybacz...Ciągle zapominam,że ludzi to boli.-mruknął pod nosem i spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.Chrząknęłam cicho i spuściłam wzrok.Dopiero teraz miałam okazję przemyśleć to wszystko...Więc tak.Jacob na pewno nie był normalnym człowiekiem.O nie.Co do tego,to nie miałam wątpliwości.Był gorący,aż nadnaturalnie gorący.I nadnaturalnie szybki.I miał jakiś sekret,napewno połączony z tymi zdolnościami.Spojrzałam na niego.Okazało się,że nie spuścił ze mnie oka ani na sekundę.
-Nic się nie stało.Tyle,że nic nie rozumiem.Jesteś taki gorący...Taki silny,taki uśmięśniony...O co chodzi,Jake..?Powiedz mi,błagam.-westchnęłam cicho i usiadłam na liliowej pościeli.Jacob zrobił to samo.Nie wiem z jakiego powodu,ujął moją kruchą dłoń w swoje potężne,gorące ręce.Spojrzał na mnie z troską i obawą.
-Bo widzisz...Ja nie jestem całkowicie normalny.Tylko...Ech,nie mogę ci powiedzieć,dlaczego tak dzisiaj uciekłem.I nie mogę ci powiedzieć,kim jestem.Musisz to zaakceptować,na jakiś czas...Niedługo ci powiem,obiecuję.Alice,ty naprawdę jesteś dla mnie ważna.-szepnął nieśmiało,poczym odgarnął zbłąkany kosmyk włosów z mojej skroni.Czułam,że moje policzki oblewają się szkarłatem.Jake zachichotał.Pewnie te rumieńce to spowodowały.Spojrzałam mu pewnie w ciemne oczęta,uśmiechając się delikatnie.
-Dobrze,poczekam.Tylko proszę,nic już nie ukrywaj.Oprócz tego dziwnego sekretu.Ale...Te twoje wypady do lasu to też tajemnica?Bo myślałam,że mogę z Tobą tam chodzić...-przerwał mi głośnym śmiechem.
-O nie,Allie.Tak,te wypady to też tajemnica.Ale ty nie możesz na nie chodzić.Nie to,że mi by to przeszkadzało,wręcz przeciwnie.Ale...Masz szkołę i nie możesz zawieść Charliego.-pouczył mnie.Mruknęłam coś pod nosem i skrzyżowałam ręce na piersi.Jake znowu zachichotał.
-No nie gniewaj się.Jak chcesz,to w ramach rekompensaty mogę tu z Tobą posiedzieć.A właśnie,gdzie twoja siostra?-spytał,zaciekawiony tym faktem.Mimowolnie przytuliłam się do jego nadnaturalnie gorącego boku.
-Na imprezie powitalnej.Wróci po dwudziestej pierwszej..-mruknęłam tylko,przymykając powieki z zadowoleniem.Jake pokiwał tylko głową.
-To zostanę do tej dwudziestej pierwszej.A jak mi pozwolisz,to mogę do Ciebie wpadać codziennie.Wejście przez te okno to dla mnie pestka.-wyszczerzył śnieżnobiały zgryz,a ja parsknęłam śmiechem.
-To,że tak łatwo przychodzi ci wchodzenie przez okno jest powiązane z tą tajemnicą,tak?-spytałam retorycznie,choć znałam odpowiedź na te pytanie.Jacob pokiwał głową i objął mnie gorącym ramieniem.Złożyłam głowę na jego piersi.Czułam,że ten dzień skończył się teraz.Że słońce teraz zaszło.Nie mogłam w to wszystko uwierzyć,nawet już nie ekscytowałam się,że Jake mnie przytula.W tym momencie była to dla mnie codzienność.Jutro miało być jeszcze lepiej.Obiecał mi,że jutro przyjdzie do szkoły.A ja dowiem się o jego sekrecie już niedługo.Jest tak,jakby już mi go wyjawił.Czyli będzie jeszcze lepiej.Uśmiechnęłam się pod nosem,a w tym czasie Jake ułożył mnie sprawnie na łóżku,przytulając do swojej rozgrzanej klatki piersiowej.Był moim osobistym "przenośnym ogrzewaczem".Na takiego "ogrzewacza" czekałam od dawna.I wreszcie się pojawił,w postaci kochanego Indianina.Przymknęłam powieki,kiedy nagle Jacob począł nucić do mojego ucha jakąś spokojną,indiańską melodię.W mig zasnęłam,przy swoim Indianinie.

17 grudnia 2009

Rozdział 5.

Czemu wszystko było takie trudne i dziwne?Nie mogłam tego pojąć.Tak,chodziłam do klasy z Jacobem.Ale on się dzisiaj niepojawił.Nawet na minutę.A ja spędziłam te sześć godzin w oddzielnej ławce na końcu klasy.Myślałam,że może ktoś się mną zainteresuje,ale wszyscy zachowywali się tak,jakby mnie nawet nie było.Nauczyciele też!Miałam nadzieję,że jutro Jake przyjdzie do szkoły i będzie lepiej.Wyszłam na świeże powietrze,oddychając głęboko.Przetarłam jeszcze raz oczy,aby zataić faktże płakałam.Gdy podniosłam wzrok,zobaczyłam go.Opierał się o drzwiczki swojego auta tak,jakby nic się nie stało.Podeszłam do niego nieśmiało,czując na swojej twarzy zimny wiatr.Niestety,rozwiewał on też moje pasma włosów,przez co trudno było ukryć moją twarz.Kiedy już znalazłam się przy czarnym samochodzie,chciałam otworzyć drzwiczki,ale Jacob zrobił to szybciej.W ten sposób dotknęłam jego dłoni.I teraz coś poczułam,tak samo jak przy pierwszym spotkaniu.Gorąco,niewyobrażalnie gorąco.Zerknęłam mimowolnie na niego,ale Jake już był w samochodzie.Pociągnęłam nosem i już chciałam wejść,kiedy zauważyłam spojrzenia wszystkich Indianinów i Indianek.Patrzyli na mnie,jak jakiś wybryk natury.Otworzyłam drzwiczki,rozglądając się ze strachem.
-Wchodź.-poganił mnie Jacob i wtedy oprzytomniałam.Spuszczając wzrok,usiadłam na siedzeniu.Wepchnęłam liliową torbę pod siedzenie i skrzyżowałam ręce na piersi.W tej przeklętej ciszy,Jacob odpalił samochód.Ruszyliśmy z głośnym charkotem.
Nie było nawet źle.Nie,co ja mówię.Było okropnie!Ta przeklęta cisza trwała dosyć długo.Jechaliśmy pomiędzy drzewami w ciszy,jakbyśmy się nad czymś głęboko zastanawiali.Co prawda,zerkałam na niego od czasu do czasu.Na jego twarzy nie istniała już ta maska,ale zauważyłam cierpienie w jego oczach.Chciałam spojrzeć na niego jeszcze raz,ale wtedy to on już na mnie zerkał.Natychmiastowo spuściłam wzrok,przygryzając wargę.
-Mówiłeś,że przyjdziesz...-szepnęłam łamliwym głosikiem,odwracając wzrok na zieloną mozaikę za oknem.Jake westchnął cicho,nie odrywając wzroku od szosy.
-Moje sprawy...przedłużyły się.Ale zapewne niezauważyłaś mojej obecności.Co,dużo osób uważa cię już za przyjaciółkę?-Jacob próbował się zaśmiać,ale wyszło z tego nerwowe westchnięcie.Prychnęłam pod nosem,zerkając na niego z sarkazmem.
-Żartujesz sobie?Uważali,że mnie nie ma.Nawet nauczyciele.Po prostu nie istniałam.-nie żaliłam się,o nie.Chciałam mu tylko to uświadomić.Jacob zamarł.Po chwili spojrzał na mnie z pocieszeniem.
-Alice,przykro..-nie dokończył,bo mu przerwałam.
-Przestań,Jacob.To nie twoja wina.I tak wolę to niż śmianie się.Miałam niezłego farta.-prychnęłam ponownie i zauważyłam charakterystyczne dla La Push czerwone domki.Ukradkiem usłyszałam,jak z ust Jake'a wydarło się ciche westchnięcie,pełne bólu i smutku.Tak jakby...Jakby coś ukrywał przede mną.Jakby ta tajemnica zerwała go do lasu.Jakby przez to nie pojawił się w szkole.Jakby przez to cholerne "coś" mnie zawiódł.Samochód stanął przed wejściem do garażu,a ja nie zaczekałam,tylko od razu otworzyłam drzwiczki i wysiadłam.Nie miałam nawet ochoty powiedzieć mu "cześć".Na nic nie miałam ochoty.Od razu skierowałam się w stronę domu,ale Jacob wyskoczył jak oparzony z auta i dobiegł do mnie.
-Alice,naprawdę mi przykro.Chciałem przyjść,uwierz.Jutro będzie lepiej,obiecuję.-usprawiedliwiał się Jake.Ja w tym czasie szłam w zamyśleniu.Znalazłam się na werandzie,a chłopak zatrzymał się przed schodkami.Popatrzyłam na niego.
-Kim ja dla ciebie jestem,że masz mi przepraszać?Twoje sprawy,nie będę się wtrącać.
-Allie,znaczysz dla mnie dużo.I jest mi cholernie głupio,że przez takiego dupka jak ja musiałaś się czuć okropnie.Przepraszam.-szepnął Jake,a ja westchnęłam.
-Nie przepraszaj,Jake.Tylko jutro proszę,pomóż mi dobrze?Do zobaczenia.-rzuciłam nieco pogodniejszym tonem i weszłam do środka.
-Do zobaczenia...-mruknął Jacob i skierował się ku ścianie lasu.W przedpokoju nikogo nie było.Zerknęłam na nieduży zegar wiszący przy wieszakach.No tak.Była dopiero czternasta piętnaście.A jeżeli Lindy miała na drugą lekcję,to pewnie wróci o szesnastej.Od razu skierowałam się do swojego pokoju.Rzuciłam torbę pod łóżko i usiadłam na niedużym parapecie okna.Nurtowało mnie tylko jedno.Co to były za sprawy,że Jake musiał tak nagle zmienić się w oschłego chłopaka?I po co szedł do lasu?Westchnęłam cicho i wygrzebałam z torby swojego Ipod'a.Tylko to mnie uspokajało.Rzucając się na purpurową pościel,oddałam się swojej ulubionej piosence.Nawet nie wiem,kiedy dopadły mnie objęcia Morfeusza.
***
-Alice.Alice,wstawaj.-usłyszałam czyjś głos.Nie miałam pewności czyj,byłam jeszcze za bardzo zaspana.Ziewnęłam potężnie i mruknęłam coś pod nosem.Po chwili ujrzałam młodą i znaną mi twarz Lindsay.Uśmiechnęłam się kącikami ust.
-Przepraszam,szkoła mnie zmęczyła.A jak u Ciebie?-zamrugałam powiekami i usiadłam po turecku na łóżku.Lindy uśmiechnęła się szeroko.
-Wspaniale.Poznałam w Forks kilka extra osób.No właśnie...Zaprosili mnie na przyjęcie powitalne.-Lindsay straciła humor.Zmarszczyłam nos.
-Możesz iść.To nawet dobrze,że zapoznałaś fajne osoby...W czym problem?-cieszyłam się z jej szczęścia.Przynajmniej ona została dobrze powitana.
-No bo wiesz...Charlie napewno mi nie pozowoli.Impreza zaczyna się o siedemnastej,a kończy po dwudziestej pierwszej...-ciągnęła Lindy.
-Nie ma problemu.Ja mu nic nie powiem.Idź i baw się dobrze.No właśnie,która godzina...-rozejrzałam się,a mój wzrok utkwił w fioletowej tarczy zegara.Nie mogłam uwierzyć!Zasnęłam o czternastej,a była już szesnasta trzydzieści!Spałam całe dwie i pół godziny!No nieźle.Musiałam być bardzo zmęczona,a raczej przytłoczona tym wszystkim.Zerknęłam pospiesznie na swoją siostrę.
-No już!Ubieraj się!Masz tylko trzydzieści minut!-poganiłam ją,a ona cała w skowronkach wyfrunęła z mego pokoju.Zawsze było na odwrót.Zawsze to ja biegłam na imprezy,a Lindy dawała mi pozwolenie i zostawała w domu.Coś było nie tak.Przygryzłam tylko wargę i uznając,że muszę się przebrać,wygrzebałam z szafy stare,bawełniane szorty i zaduży,wełniany sweter.Było mi ciepło,mogłam iść na dół pooglądać telewizję.Wtem do pomieszczenia wbiegła uszykowana Lindy.Miała na sobie srebrzysty top(który robił za stanik) i czarną spódniczkę mini,która sięgała powyżej kolana i zakrywała brzuch dziewczyny.Założyła jeszcze te same paskowane zakolanówki i glany.Wiedziała,że to Forks i jest zimno,więc ubrała mięciutki sweter pasujący do całości.Oczywiście była też umalowana.I to jak wspaniale!Zaklaskałam bez entuzjazmu w ręce.
-Super.Baw się dobrze.-cmoknęłam ją w policzek,a ta tylko uśmiechnęła się.
-Do zobaczenia.-rzuciła i już pognała na dół.Westchnęłam i zerknęłam przez okno.Słońce przybrało barwę zimnej pomarańczy i zachodziło powoli za pokrywę drzew.Tak,zmierzch.Nie ważne,jak ten dzień był okropny albo wspaniały.Zawsze musiał się skończyć.A jutro czekał mnie drugi.Miał być lepszy.I wierzyłam w to całą sobą.

16 grudnia 2009

Rozdział 4.

Wstałam o wiele za wcześnie,a to wszystko przez to,że byłam tak podkscytowana.Leżałam w łóżku chyba godzinę,kiedy nagle do mojego pokoju weszła zaspana,zaniedbana Lindy.Zerknęła na mnie i mruknęła coś pod nosem.Tak,upewniała się,czy już wstałam.Ziewnęłam cicho i usiadłam po turecku na purpurowej pościeli.Zerknęłam kątem oka na zegarek w odcieniu lilii.Według niego było piętnaście po szóstej.Ciekawe,o której Jake miał po mnie przyjść.Tak czy inaczej,musiałam już się zbierać.Jak dobrze,że Charlie pomógł nam się wypakować.Dzisiaj nie miałabym siły na wygrzebywanie ciuchów.Włożyłam stopy w puchate kapcie i podreptałam do niedużej,fioletowej półki.Otworzyłam drzwiczki na oścież i przejrzałam zawartość.Dzisiaj musiałam założyć coś niezwykłego.Ale przecież nie założę sukienki do szkoły!Trudno,pomyślałam,Jacob pokocha mnie taką zwykłą.Westchnęłam i wyciągnęłam liliową tunikę z nadrukiem,leginsowate rurki w kolorze mocnego fioletu i rzuciłam je na liliową pościel.Podeszłam do lustra i poczęłam w ekspresowym tempie przeczesywać brązowe fale.Gdy to zrobiłam,spięłam włosy w niedbały kok,a co!Raz do czasu mogłam zaszaleć-pomyślałam.Zaśmiałam się cicho i pochwyciłam ubrania w ręce.Zamknęłam się w łazience,wkładając po kolei części garderoby.Nie mogłabym usiedzieć dzisiaj w miejscu.Ale gdyby Jake nie odzywał się do mnie przez całą drogę!?Co by było wtedy?!A może ja go wogóle nie obchodziłam!?No,ale byliśmy w tym samym wieku.On 16 lat,ja też.Może...Myślałam,że jestem bardzo miłą osobą.I uśmiechał się do mnie.Nie dramatyzuj!-skarciłam się w myślach.Westchnęłam cicho,przeglądając się w lustrze.Na końcu wpadłam jeszcze do swojego pokoju i porwałam liliową torbę z książkami i opasany notatnik.Mój ulubiony,purpurowy.Moje szkice...Ach,mój skarb.Pogładziłam mięciutką oprawkę notatnika,uśmiechając się wesoło.Schowałam mój cenny przedmiot do torby i wręcz zeskoczyłam ze schodów.Powędrowałam ku kuchni,gdzie siedziała już Lindy,jedząc kanapkę z masłem orzechowym.Na mnie czekała również porcja.Lindsay ubrana dzisiaj była w luźny,szarawy top,spodnie za kolano i podkolanówki w paski.Tak,zapewne nikt w Forks tak się nie ubiera.Musiała się wykazać,że to ona wyznacza trendy.Rzuciłam torbę pod drzwi i zasiadłam do stołu.Pochłonęłam dwie kanapki w ekspresowym tempie.

-Gdzie się tak spieszysz?-spytała mnie siostra,patrząc na moje sprawne ruchy.

-Muszę zdążyć na czas,żeby Jacob o mnie nie zapomniał.-jego imię nie łatwo przechodziło przez moje gardło.Chciałam je wykrzyczeć całemu światu!Lindy pokiwała głową.

-To już lepiej idź.Jest siódma trzydzieści.-oznajmiła siostra i włożyła talerz do zlewu.Zerknęłam na nią.

-A ty?Też musisz się zbierać.-zauważyłam.

-Ja jeszcze pozmywam.Charlie mówił,że jemu dojazd do Forks zajmuje dwadzieścia pięć minut.No właśnie,był dzisiaj rano u nas i zostawił tę starą furgonetkę po Belli.Tym "cackiem" to będę jechać dwie godziny...No nic.-klasnęła w ręce,aby mnie pospieszyć.-I tak mam na ósmą trzydzieści.-wyszczerzyła się w triumfalnym uśmiechu,jakby zadowolona,że to ona może później wyjechać do szkoły.

-No to narazie.Trzymaj się.-posłałam jej buziaka w powietrzu i ruszyłam ku drzwiom.

-Damy radę,Allie.-uśmiechnęła się pogodnie Lindy,ale ja już byłam na dworze.Spodziewałam się cieplejszej pogody,ale słońce zakryły ciemne chmury.Dobrze,że założyłam kardigan.Zerknęłam na dom Blacków.Nikt nie wychodził,ale kiedy zrobiłam pierwszy krok w stronę ich domu,drzwi otworzyły się.Stanął w nich mój Indianin.Od niedawna tak go nazywałam,ale wiedziałam,że nie jest mój.A jak on miał dziewczynę?!No nie,załamałabym się.Nie,nie brałam takiej opcji do siebie.Przygryzłam karminową wargę i szybkim krokiem znalazłam się przy Jacobie.

-O,Allie.Myślałem,że będę na ciebie czekać.-uśmiechnął się "w mój sposób".Odwzajemniłam mu tym samym,uważając,aby mój głos nie zrobił się piskliwy.

-Jak widać,spieszno mi do nowej szkoły.-westchnęłam.Przez te zamieszanie z Jacobem,zapomniałam,że czeka mnie konfrontacja z nowymi uczniami i nauczycielami.Nie,tego nie lubiłam.Bądź co bądź była ze mnie nieśmiała osóbka.Jake zerknął na mnie pociesznie i uśmiechnął się ciepło.

-Oj,nie martw się.Ludzie w La Push są naprawdę mili.Poza tym,ja cię ze wszystkimi zapoznam.Nie bój nic.A może nawet będziemy chodzić do jednej klasy?-spytał Jake,z wesołym błyskiem w oku.Mój oddech zrobił się dziwnie nierówny i szybki.Wzięłam jeden z głębszych oddechów i uśmiechnęłam się do niego szeroko.Tak bardzo chciałam z nim chodzić do klasy!I najlepiej,siedzieć z nim w jednej ławce!Przygryzłam zaróżowiałą wargę i podczas tej krótkiej rozmowy znaleźliśmy się przed malutkim,czerwonym garażem.Jacob sprawnie i bez wysiłku otworzył drzwi do pomieszczenia i nakazał mi gestem dłoni wejść.Nie miałam na co patrzeć.Pełno tu było różnych części,olejów,smarów,a w rogu,bardzo zacienionym zauważyłam odnowione motory.Uniosłam zabawnie brew.Nie uszło to uwadze Jacoba i spojrzał w tym samym kierunku co ja.Zaśmiał się pod nosem.
-Zapewne Charlie mówił ci o Belli.Więc...Kiedyś zachciało jej się adrenaliny i odnawialiśmy je razem.Tylko cicho sza.Mam do ciebie zaufanie,Allie.-mrugnął do mnie i otworzył drzwi od strony pasażera.Byłam wniebowzięta!Miał do mnie zaufanie!To już coś,a nawet duże coś!To za wiele jak na pierwszy krok,więc miało być tylko lepiej.Pokiwałam głową i wsiadłam do wnętrza starego Rabbita.Rozejrzałam się.
-Zapewne sam go odnawiałeś,prawda?-zerknęłam na Jake'a,gdy ten już znalazł się w aucie.Pokiwał ochoczo głową i wyszczerzył swój śnieżnobiały zgryz.Jak śmiesznie to wyglądało!Jego bielutkie zęby odznaczały się od śniadej cery.Zaśmiałam się dźwięcznie,a Jacob posłał mi tajemniczy,nieodgadniony przeze mnie uśmiech.Westchnął radośnie i odpalił silnik,a auto ruszyło.Wyjechaliśmy na leśną ścieżkę,jadąc pomiędzy drzewami.

***

Rozmowa w samochodzie Jacoba była wspaniała!Mieliśmy tyle tematów do rozmów.Gadaliśmy o samochodach,o podróżach,o moim pierwszym wrażeniu,kiedy go ujrzałam(troszeczkę skłamałam,ale nie mogłam mu powiedzieć prawdy,to jasne!) i jego pierwsze wrażenie,kiedy mnie ujrzał.Jak Jake o tym mówił,zaparło mi dech w piersiach.

-Wiesz,kiedy zobaczyłem taką malutką,całą w skowronkach dziewczynę,pomyślałem,że szykuje się niezła "księżniczka".Okazałaś się wspaniałą dziewczyną.Czasami pozory mylą.-przypomniałam sobie jego słowa.Westchnęłam cicho,kiedy nagle samochód stanął.

-Witaj w La Push.Po raz drugi.-zaśmiał się Jacob,a ja mu zawtórowałam.Pociągnęłam nosem i wyszłam na dość zimne powietrze.Zatrzasnęłam drzwiczki samochodowe i rozejrzałam się.Wokół były tylko lasy,ale nagle zauważyłam nieduży budynek.To pewnie ta szkoła.Jacob podszedł do mnie i uśmiechnął się ciepło.Już miałam zapytać go,czy idzie ze mną,ale ten usłyszał coś i zamarł.Jego dotąd przyjazna twarz zamieniła się w nieprzyjemną maskę.Chrząknęłam cicho,a Jake mruknął coś pod nosem i zerknął na mnie.
-Nie czekaj na mnie.Muszę jeszcze...coś załatwić.Dasz radę sama.I nic nie mów Charliemu i Billemu,że cię zostawiłem.Jasne?-zerknął na mnie,mówiąc te słowa nieprzyjemnym tonem.Aż przeszły mnie ciarki.Pokiwałam tylko głową,ponieważ się bałam.A jak coś się stało?!Ukradkiem ujrzałam w oczach Jacoba tęsknotę,ból i smutek.Nie miałam pojęcia,co się stało.Już chciałam zadać pytanie,ale Jake szybkim krokiem poszedł w stronę lasu.Zostałam sama.Nie miałam pojęcia,co myśleć,co robić.Chciałam uciec,jak najdalej stąd.Bolało.Ale czemu...Czemu Jake tak nagle uciekł?!Przecież był taki miły,a w jednej sekundzie...Pociągnęłam nosem,czując mokrość w oczach.Otarłam słone kryształowe łzy wierzchem dłoni i ze spuszczoną głową poszłam w kierunku drzwi wejściowych klasy.

Rozdział 3.

Oddech,pomyślałam,Alice,oddychaj.Wzięłam głęboki wdech przez nos i zamrugałam powiekami.W czasie mojego "otępienia",Jacob zdążył już podejść do Billego i wujka.
-Allie,nic ci nie jest?-spytał niespokojnie wujek.Okazało się,że wołał mnie dosyć długo.Odwróciłam się na pięcie,przybierając radosny wyraz twarzy.
-Nie,nie.Zamyśliłam się...Ten las tak na mnie działa.Jest inny niż w Vancouver.-uśmiechnęłam się promiennie.Kątem oka zauważyłam,że Jacob przygląda mi się z zainteresowaniem w swoich ciemnobrązowych tęczówkach.Rozejrzałam się ostrożnie po podwórku.Gdzie do diabła zniknęła Lindsay?!
-Wujku,gdzie...-chrząknęłam.-Charlie,gdzie jest Lindsay?-spytałam niepewnie,patrząc na niego z zaciekawieniem.
-Wasza babcia dzwoniła.Chciała się upewnić,czy dojechaliśmy.-oznajmił,poczym chciał już powiedzieć,ale ja podeszłam z gracją do Jacoba i wyciągnęłam dłoń.
-Jestem Alice Paris.Mówią na mnie Allie.-czułam,że iskierki w moich oczach tańczą wesoło,ponieważ gdy chłopak tylko uniósł niemrawo kąciki ust ku górze,ja uśmiechnęłam się szeroko.
-Jacob Black,mówią na mnie Jake.-usłyszałam jego baryton,który szumiał po moim umyśle jak jakiś wiatr.Odetchnęłam z radością,kiedy doszło do mojej ręki dziwne ciepło.Było strasznie krótkie,ale intensywne.Chrząknęłam cicho,a uśmiech nie schodził z moich ust.
-Muszę już lecieć,wybaczcie...-spojrzał dziwnie ostrzegawczo na Billego i pożegnał się z Charliem.Mi posłał ten przecudny uśmiech,z którym mnie powitał pierwszy raz.Dopiero gdy Jake zniknął za pokrywą drzew,zerknęłam na Charliego.
-Charlie,a czy Jacob poznał Lindsay?-spytałam ostrożnie,rozglądając się.Co prawda moją siostrę nie interesowały sprawy sercowe,ale zapewne gdy ujrzałaby Jacoba,odmieniłby się jej gust.Nie chciałam tego,ponieważ pierwszy raz w życiu poczułam,że chcę kogoś poznać w takim sensie.
-Nie,zanim Jacob do nas dotarł,usłyszała,że jej komórka dzwoni.I jeszcze nie zeszła.Naprawdę aż tak się zamyśliłaś?-spytał podejrzliwie Charlie.Ja tylko wzruszyłam ramionami i pożegnałam się z Billym.
-Do zobaczenia.-rzuciłam na odchodne i pokonałam pierwszy stopień kierujący na werandę.
-Pewnie gdy ujrzała Jacoba nie mogła oderwać od niego wzroku.To widać,Charlie.-usłyszałam tylko jak Billy powiedział i poczułam,że moje policzki robią się szkarłatne.Szybim i tanecznym krokiem weszłam do domku.
***
-Bez wybryków,dobrze?Wierzę,że jesteście grzecznymi dziewczynkami,ale pamiętajcie-Billy znajduje się tuż obok.-ostrzegł nas palcem Charlie,gdy siedzieliśmy wszyscy w saloniku.Już dawno zapadł zmrok,a ja chciałam jeszcze coś pozwiedzać.Z tego wszystkiego zapomniałam,którego dzisiaj mamy.
-Jaki dzisiaj dzień tygodnia?-spytałam,zupełnie oderwana od rozmowy Charliego z Lindy.Zerknęli na mnie.
-Jutro idziecie do szkoły.Wiem,wiem,że jest już październik.Ale rozmawiałem z dyrektorem małej szkoły w La Push i powiedział,że z chęcią was przyjmie.Ty,Lindsay.-zwrócił się do siostry.-Będziesz chodzić do liceum w Forks.Dostaniesz stary samochód Belli.Wierzę,że dasz sobie radę bardziej niż młodsza Allie,więc dojedziesz ten kawałek.Dasz radę?-w tym samym momencie mężczyzna wyjął z kieszeni kurtki policyjnej kluczyki.Wręczył je Lindy,której oczy zabłysły wesoło.
-To nie fair.-burknęłam,odwracając głowę w stronę okna.Pociągnęłam nosem.Charlie zaśmiał się.
-Alice,przykro mi,ale o Ciebie babcia kazała mi najbardziej uważać.Jesteś jeszcze młoda.A Lindy da sobie radę.I zapewne będzie szczęśliwsza,gdy przy jej boku nie będzie kręcić się młodsza siostra.-zerknął na Lindy,która z łobuzerskim uśmieszkiem potakiwała.-Gimnazjum jest niedaleko,będziesz jeździła z Jacobem.-oznajmił pod koniec,a moje serce podeszło mi do gardła.Jak mogłam dłużej tłumić w sobie okrzyk szczęścia?!Oddychałam głęboko.Na szczęście ani Lindsay,ani Charlie tego nie zauważyli.Charlie wstał ze skórzanego fotelu.
-No,dobrze.To ja już jadę.Uwarzajcie na siebie.A ty,Allie,pilnuj się Jake'a.Lindy-uważaj na drodze.I życzę wam wesołego przywitania w szkołach.Dobranoc.-rzekł,stając na progu drzwi.Zerknęłam na niego z ciepłym uśmiechem.
-Dobranoc,Charlie.-odrzekłyśmy razem z Lindy,kiedy mężczyzna wyszedł z domu.
-Widzisz,mi Charlie ufa bardziej!-pokazała mi język siostra i rzuciła się do schodów.
-Wcale nie!-krzyknęłam tylko i zaśmiałam się cicho.Miałam ochotę na szybki prysznic.Aby jak najszybciej zaczął się ten dzień!Biegiem ruszyłam ku łazience.
***
Jakim szczęściem było przeprowadzenie się tutaj...Jutro poznam go we własnej osobie!Zapytam go,co go interesuje.Po szkole wejdziemy razem do tego samego samochodu.Będzie mnie pytał co w szkole,uśmiechnie się tak samo.Musi być wspaniale i będzie!Przeczesałam ostani kosmyk włosów i ułożyłam szczotkę na półce.Powędrowałam do swojego łóżka,zgaszając lampkę.Długo nie mogłam zasnąć.Byłam za podekscytowana.W końcu zerknęłam na las i zagłębiłam się w nim.Po półgodzinnym rozmyślaniu nad swoim życiem i oczywiście jutrzejszym dniem,zmużył mnie sen.

Postacie vol.2

Cześć,to znowu autorka.Chciałabym przedstawić kolejne postacie,które pojawiły się już wcześniej(Charlie Swan,zapomniałam o nim napisać w pierwszej notce) oraz te,które pojawią się niedługo.Pozdrawiam.
***

Ashlee Elizabeth Torronto
Urodzona 14 października 1993 roku w Vancouver.Chodziła razem do klasy z Alice,były przyjaciółkami.Gdy Allie wyjechała,wciąż utrzymywały kontakt telefoniczny i e-mailowy.W wakacje Ashlee i Sue przyjechały do Alice i spędziły tam całe dwa miesiące.Dziewczyna jest człowiekiem,uwielbia szaleństwo i robienie zdjęć.Chciałaby zwiedzić CAŁE Chiny.



Charlie Swan

Urodzony 18 stycznia 1968 roku w Port Angeles.Ojciec Belli Swan i dziadek Renesmee Carlie Cullen.Rozwiódł się ze swoją żoną,Renee,matką Belli.Do przyjadu dziewczyn mieszkał sam,rzadko odwiedzała ją córka i wnuczka.Dopiero gdy zaproponował schorowanym dziadkom Lindsay i Alice,żeby dziewczyny zamieszkały w Forks,znowu czuł się potrzebny.Opiekuje się siostrami,pomaga mu Billy Black,przyjaciel.Nie lubi kłamstwa i jazdy na motorze.Pracuje jako komendant na komisariacie w Forks.



Sue Mary Brandon

Urodzona 24 marca 1993 roku w Vancouver.Chodziła razem do klasy z Ash i Allie.Były przyjaciółkami i nadal są.Utrzymują kontakt.Dziewczyny(Ashlee i Sue) przyjechały na wakacje do Forks na całe dwa miesiące.Dziewczyna miła,skromna,lubi zaszaleć z kumpelami.Jako jedyna w szkole ma tchórzofretkę,którą oryginalnie nazwała Addison.Uwielbia opiekować się zwierzętami i lubi czytać romanse.Jej marzenie to znalezienie Addison partnera.

***

To wszystkie postacie.Pozwoliłam sobie nie dodawać Billego Blacka,bo występuje on "przelotnie",czyli będzie tylko pilnował dziewczyn.A poza tym nie znam za bardzo jego charakteru.Mam nadzieję,że ktoś to wogóle czyta.Dziękuję,pozdrawiam.




15 grudnia 2009

Rozdział 2.

-Wstawaj,Alice.-usłyszałam pośród snu czyjeś wołanie. Mruknęłam coś pod nosem i przetarłam dziecinnie powieki. Nad sobą ujrzałam Lindsay,wpatrującą się we mnie jak w potwora. Pisnęłam tylko,ponieważ nie spodziewałam się spotkać ją po przebudzeniu.
-Gdzie jesteśmy..-wymamrotałam sennie,ziewając cicho.Wtem drzwi z mojej strony otworzyły się,a ponieważ ja byłam do nich wręcz przyciśnięta,wzdrygnęłam się.
-Oj,wybacz Allie.Myślałem,że już wstałaś.-usprawiedliwił się wujek,a ja westchnęłam.
-Jesteśmy już w Forks?-nie mogłam uwierzyć.Szybko się pobudziłam i rozejrzałam.Łapczywie zarzuciłam swoją liliową torbę na ramię i wręcz wyleciałam z auta.Nie tego się spodziewałam.Mały,czerwony domek,przypominający stodołę a nie dom.Wokół gęsty,ciemnozielony las przypominający mozaikę.Westchnęłam zawiedziona,ale zaraz się rozchmurzyłam.
-Wujku,będziemy mieszkać tutaj same?!-spytałam podekscytowana,wręcz skacząc z niepohamowanej radości.Zaklaskałam w ręce.
-Mówiłem,że jestem...-mężczyzna przerwał.
-Charlie!!!-krzyknęła Lindsay,która już znajdowała się w środku domku.Pobiegliśmy w jej stronę,obawiając się,że coś sobie zrobiła.Wnętrze było skromne,nie rzucające się w oczy.Chętnie bym tutaj mieszkała całe lata.
-Boże,Lindsay,coś się stało?!-wykrzyknął Charlie,rozglądając się po pomieszczeniu.Okazało się,że Lindy powędrowała już na górę,wprost do swojego pokoju.Weszliśmy za nią.Byłam bardzo podekscytowana,również chciałam zobaczyć swój pokoik.Wtem dotarliśmy do niedużego pokoju,gdzie stało łóżko z ramą,przyciśnięte do karmelowej ściany,mała toaletka i biurko.Karmelowy-ulubiony kolor Lindy.
-Charlie,nie mówiłeś,że mamy sąsiadów.-oznajmiła Lindsay,wskazując kruchym palcem na podobny domek do naszego nowego.Wtem w drzwiach ujrzeliśmy mężczyznę w wieku Charliego na wózku inwalickim.
-Tak,specjalnie wybrałem ten dom.Billy to mój przyjaciel i napewno razem z synem będą mieli na was oko.-zaśmiał się cicho i poklepał nas po plecach.-Odświeżcie się i zejdźcie na werandę.Chcę wam kogoś przedstawić.-mrugnął do nas i po chwili był na schodach.Lindy wręcz wypchnęła mnie ze swojego pokoju,a ja w podskokach powędrowałam do swojego.Był na wielkość taki sam jak Lindsay,ale miał inne ściany i inne umeblowanie.Mianowicie ściany przybrały odcień liliowego,a różne ozdoby na ścianach,motyle i inne motywy,miały kolor purpurowy.Czy nie wspominałam,że uwielbiam wszystkie odcienie fioletu?Zaklaskałam w ręce.Do ściany przyciśnięte było łóżko z śnieżnobiałymi ramami.Okno było położone centralnie naprzeciw łóżka,więc gdybym teraz usiadła na skrawku pościeli,mogłabym oglądać las.Byłam tylko przygnębiona,że z mojego łóżka nie widać sąsiadów.Mianowicie,chodziło mi o syna pana Billego.Zaśmiałam się z siebie i rzuciłam walizkę z ubraniami na purpurowy,puchaty dywan.Westchnęłam.Nienawidziłam się pakować,ale jakoś musiałam to znieść.Po długich poszukiwaniach znalazłam swoją ulubioną sukienkę do kolan w odcieniu bladego różu.Postanowiłam założyć białe leginsy i fioletowe borerko,aby wujek Charlie nie kazał mi zawrócić i się przebrać,bo niby jest za zimno.Jakie szczęście,że wujek pomyślał również o lustrze!Przjrzałam się w niewielkim zwierciadle,które ramkę miało(oczywiście) w odcieniu purpury.Jedną ręką sięgnęłam po szczotkę i przeczesałam lśniące brązem pasma,poczym zakładając purpurowe baleriny wręcz wyleciałam z mojego pokoju na spotkanie z nową przygodą.
***
-Niby siostry,ale w ogóle nie podobne.-zadecydował wujek Charlie,patrząc,to na mnie to na Lindy.Tak,zgodziłam się z tym.Lindsay nie miała określonego stylu,ale uwielbiała modę.Miksowała,mieszała,komponowała.Ja stawiałam na wygodę i lekkie ubrania,ona mogła nawet założyć krótką miniówę,ale nieznosiła spódniczek.Moja siostra miała teraz na sobie poszarpane dżinsy w odcieniu ciemnoniebieskim,sięgające do połowy łydki.Specjalnie je podwinęła,zawsze tak robiła.Ubrała też wygnieciony,przyduży top,a że spod niego było jej widać stanik,to jeszcze czarny top bez ramiączek.Na rozkaz wujka musiała ubrać szary kardigan.Uśmiechnęłam się wesoło,kiedy obok nas zauważyłam starszego mężczyznę.
-No,no,no.Ładne masz te siostrzenice,nie ma co.-zaśmiał się pan Black,a wujek zawtórował mu.Podeszłam bliżej,jako najśmielsza z rodziny Paris.
-Witam,jestem Alice Paris,mówią na mnie Allie.-przywitałam się grzecznie i uścisnęłam dłoń mężzczyzny z przyjaznym uśmiechem.Pan Black również się uśmiechnął,ale nie tak spontanicznie.
-Witaj Alice,Billy Black,ale proszę,mów mi po prostu Billy.
-To nie takie łatwe,ona nie lubi zwracać się do dorosłych osób po imieniu.-szepnął na głos i obaj się zaśmiali,również Lindy.Wywróciłam oczami.
-A do Billego właśnie będę mówić po imieniu,i co?!-krzyknęłam radośnie i również się zaśmiałam.Wtem do moich uszu doszedł trzask łamanej gałęzi.Wzdrygnęłam się i rozejrzałam.
-Ocho,Jake wrócił.-oznajmił zadowolony Billy i spojrzał w stronę ściany lasu.Dopiero teraz go zauważyłam.Umięśniony Indianin,wcale nie wyglądał na nastolatka.A wręcz na dorosłego mężczyznę,który codziennie odwiedza siłownię.Przygryzłam karminową wargę,zaciskając ze zdenerwowania pięści.Dopiero gdy się zbliżył,ujrzałam,że jest bez koszulki.Niespodziewanie chłopak uśmiechnął się przyjaźnie,a ja na ten uśmiech nie mogłam odpowiedzieć tym samym.Po chwili doszedł do mnie jego zapach perfum...Westchnęłam cicho z rozmarzeniem.

Małe komplikacje.

Cześć,tutaj autorka. Chciałam powiedzieć coś na temat pierwszego rozdziału. W drugiej części istnieje zdanie "Patrzyłam za ukochanym domkiem" czy coś takiego. Okazało się,że w tej drugiej części dziewczyny są nie na podjeździe swojego domu,tylko na lotnisku w Forks. (Tam ma je odebrać Charlie Swan.). Mam nadzieję,że się spodoba i jeszcze raz przepraszam.

Rozdział 1.

Nie miałam pojęcia,nawet najmniejszego,czemu tutaj się przeprowadziliśmy.Ok,wersja Lindsay była taka : "Podobno czeka tam na nas jakiś wujek Charlie Swan". No i poco mi poznać jakiegoś wujka?! Chociaż,lubiłam poznawać nowe miejsca. Ale nie od razu tam mieszkać! No cóż. Zamknęłam z trzaskiem klapę walizki i podniosłam ją na próbę. Od razu upadłam na liliowy dywan z trzaskiem.
-Ałć..-jęknęłam tylko,kiedy w drzwiach mojego już starego pokoju stanęła Lindsay. Wywróciła oczami.
-Siostra,nic ci nie jest?-spytała luźno,jak to miała w zwyczaju. Pokręciłam głową i z wesołym uśmiechem wstałam z miejsca.
-Pomożesz mi,prawda?-zamrugałam słodko powiekami,jednak siostra uśmiechnęła się tylko łobuzersko.
-Nie ma mowy. Do samochodu się pomęczysz. A jak nie,to poproś wujka Davida.- prychnęła i pomachała mi na dowidzenia. Pokazałam jej jeszcze przelotnie koniuszek języka,ale blondynka zniknęła szybko za drzwiami. Westchnęłam ciężko i przejrzałam się w długim,pionowym lustrze. Brązowe,lśniące fale zwisały ku moim ramionom,jak zwykle. Nic się nie zmieniło. Mrugnęłam sama do siebie i szybko pognałam na korytarz.
-Wujku !!! - krzyknęłam z góry i zamrugałam słodko oczętami,jak to miałam w zwyczaju,gdy chciałam kogoś przkeonać do swoich celów.
***
-Gotowe?-wujek Charlie odwrócił się do nas przodem,uśmiechając się wesoło. Lindy patrzyła tęskno w stronę naszego kochanego,rodzinnego domku. Ja tylko skromnie pokiwałam głową.
-Jedźmy do Foks!-krzyknęłam wesoło,kiedy wujek zerknął na mnie wilkiem. Lindsay zrobiła tak samo,a w krótkiej chwili potem obydwoje parsknęli śmiechem.
-Do żadnego Foks nie jedziemy,tylko do Forks,geniuszu.- upomniała mnie siostra i dla zabawy zapukała w moje czoło. Pokazałam jej język i odwróciłam się przodem do szyby.
-Jedziemy...-zadecydował wujek i odpalił swojego starego dżipa. Wzięłam głęboki wdech przez nos,poczym uśmiechnęłam się sama do siebie.Będzie dobrze.Napewno.Musi.
***
Nie mogłam zasnąć. Lindy spała już dobre dwie godziny, a ja włożyłam w swoje uszy białe słuchawki. Wujek Charlie i tak nie miał zamiaru mni wypytywać o różne rzeczy. Spędziliśmy ze sobą trochę czasu i zdążyłam go poznać. Podobno ma córkę,Bellę i nawet już wnuczkę. Chciałam bardzo je poznać,ale wujek wybił mi to z głowy. Podobno mieszkają gdzieś daleko,wujek nie wyjawił mi dokładnie,gdzie. Kilka razy powtarzał mi,że mam się do niego zwracać po prostu Charlie,tak jak mówiła do niego Bella. Lindy zapamiętała te ustawienie,ale nie ja. Nie mogłam się przestawić. Moja siostra do babci i dziadka również mówiła po imieniu,ale ja nie mogłam mówić do nich Suzan i Alec. Westchnęłam cicho,kiedy poczułam,że moje powieki robią się ciężkie,aż w końcu złapał mnie sen.

Postacie.


Hej. W pierwszym poście chciałam przedstawić postacie,które napewno pojawią się w opowiadaniu.Jeżeli pojawi się jakaś nowa postać,napiszę również o niej.
***

Alice Rosalie Paris.

Urodzona 31 grudnia 1993 roku w Vancouver w Kanadzie. Ma starszą siostrę,Lindsay. Bo zaginięciu rodziców bardzo tęskniła,ale później odzyskała pogodę ducha. Po przeprowadzce do Forks zżyła się z wujkiem Swanem. Uwielbia chodzić na długie spacery do pobliskiego lasu.Uwielbia się bawić,ciągle uśmiechnięta.W szkole w Vancouver ma dwie przyjaciółki-Ashlee i Sue. Po przeprowadzce do Forks okazuje się być zmiennokształtną. Jej marzenie to odnalezienie zaginionych rodziców.


Lindsay Aysha Paris.

Urodzona 23 sierpnia 1991 roku w Vancouver w Kanadzie. Jej siostrą jest Alice. Jej rodzice zaginęli rok temu. Wtedy dziewczyny przeprowadziły się do małego Forks,gdzie mieszka ich wujek,Charlie Swan. To on od czasu do czasu zagląda do rezerwatu La Push,gdzie dziewczyny mieszkają. Samotna,tajemnicza,trudna do poznania. Jej hobby to moda i najnowsze trendy,dlatego jest najmodniej ubraną dziewczyną w szkole,chociaż nie ma przyjaciół. Nie wierzy w marzenia,ponieważ kiedyś marzyła,ale jej marzenie się nie spełniło. Nie jest zmiennokształtną.

Jacob Black.

Urodzony 19 stycznia 1993 roku w Forks w stanie Waszyngton. Nie ma rodzeństwa ani matki, mieszka w małym domku w indiańskim rezerwacie La Push niedaleko Forks razem z ojcem,Billy'm Black'iem. Jego hobby to motoryzacja i składanie samochodów. Ma przyjaciół,a właściwie braci ze sfory. Jest zmiennokształtny. Najbardziej zżył się z Seth'em Clearwater'em,który uważa Jacoba za wzór do naśladowania. Nie ma marzeń,jak narazie. Uwielbia biegać po lesie,nie koniecznie jako człowiek.

***

Spodziewajcie się pierwszego rozdziału niedługo.Pozdrawiam.