"I found myself in Wonderland, Get back on my feet again"

~ Avril Lavigne "Alice"





15 grudnia 2009

Rozdział 2.

-Wstawaj,Alice.-usłyszałam pośród snu czyjeś wołanie. Mruknęłam coś pod nosem i przetarłam dziecinnie powieki. Nad sobą ujrzałam Lindsay,wpatrującą się we mnie jak w potwora. Pisnęłam tylko,ponieważ nie spodziewałam się spotkać ją po przebudzeniu.
-Gdzie jesteśmy..-wymamrotałam sennie,ziewając cicho.Wtem drzwi z mojej strony otworzyły się,a ponieważ ja byłam do nich wręcz przyciśnięta,wzdrygnęłam się.
-Oj,wybacz Allie.Myślałem,że już wstałaś.-usprawiedliwił się wujek,a ja westchnęłam.
-Jesteśmy już w Forks?-nie mogłam uwierzyć.Szybko się pobudziłam i rozejrzałam.Łapczywie zarzuciłam swoją liliową torbę na ramię i wręcz wyleciałam z auta.Nie tego się spodziewałam.Mały,czerwony domek,przypominający stodołę a nie dom.Wokół gęsty,ciemnozielony las przypominający mozaikę.Westchnęłam zawiedziona,ale zaraz się rozchmurzyłam.
-Wujku,będziemy mieszkać tutaj same?!-spytałam podekscytowana,wręcz skacząc z niepohamowanej radości.Zaklaskałam w ręce.
-Mówiłem,że jestem...-mężczyzna przerwał.
-Charlie!!!-krzyknęła Lindsay,która już znajdowała się w środku domku.Pobiegliśmy w jej stronę,obawiając się,że coś sobie zrobiła.Wnętrze było skromne,nie rzucające się w oczy.Chętnie bym tutaj mieszkała całe lata.
-Boże,Lindsay,coś się stało?!-wykrzyknął Charlie,rozglądając się po pomieszczeniu.Okazało się,że Lindy powędrowała już na górę,wprost do swojego pokoju.Weszliśmy za nią.Byłam bardzo podekscytowana,również chciałam zobaczyć swój pokoik.Wtem dotarliśmy do niedużego pokoju,gdzie stało łóżko z ramą,przyciśnięte do karmelowej ściany,mała toaletka i biurko.Karmelowy-ulubiony kolor Lindy.
-Charlie,nie mówiłeś,że mamy sąsiadów.-oznajmiła Lindsay,wskazując kruchym palcem na podobny domek do naszego nowego.Wtem w drzwiach ujrzeliśmy mężczyznę w wieku Charliego na wózku inwalickim.
-Tak,specjalnie wybrałem ten dom.Billy to mój przyjaciel i napewno razem z synem będą mieli na was oko.-zaśmiał się cicho i poklepał nas po plecach.-Odświeżcie się i zejdźcie na werandę.Chcę wam kogoś przedstawić.-mrugnął do nas i po chwili był na schodach.Lindy wręcz wypchnęła mnie ze swojego pokoju,a ja w podskokach powędrowałam do swojego.Był na wielkość taki sam jak Lindsay,ale miał inne ściany i inne umeblowanie.Mianowicie ściany przybrały odcień liliowego,a różne ozdoby na ścianach,motyle i inne motywy,miały kolor purpurowy.Czy nie wspominałam,że uwielbiam wszystkie odcienie fioletu?Zaklaskałam w ręce.Do ściany przyciśnięte było łóżko z śnieżnobiałymi ramami.Okno było położone centralnie naprzeciw łóżka,więc gdybym teraz usiadła na skrawku pościeli,mogłabym oglądać las.Byłam tylko przygnębiona,że z mojego łóżka nie widać sąsiadów.Mianowicie,chodziło mi o syna pana Billego.Zaśmiałam się z siebie i rzuciłam walizkę z ubraniami na purpurowy,puchaty dywan.Westchnęłam.Nienawidziłam się pakować,ale jakoś musiałam to znieść.Po długich poszukiwaniach znalazłam swoją ulubioną sukienkę do kolan w odcieniu bladego różu.Postanowiłam założyć białe leginsy i fioletowe borerko,aby wujek Charlie nie kazał mi zawrócić i się przebrać,bo niby jest za zimno.Jakie szczęście,że wujek pomyślał również o lustrze!Przjrzałam się w niewielkim zwierciadle,które ramkę miało(oczywiście) w odcieniu purpury.Jedną ręką sięgnęłam po szczotkę i przeczesałam lśniące brązem pasma,poczym zakładając purpurowe baleriny wręcz wyleciałam z mojego pokoju na spotkanie z nową przygodą.
***
-Niby siostry,ale w ogóle nie podobne.-zadecydował wujek Charlie,patrząc,to na mnie to na Lindy.Tak,zgodziłam się z tym.Lindsay nie miała określonego stylu,ale uwielbiała modę.Miksowała,mieszała,komponowała.Ja stawiałam na wygodę i lekkie ubrania,ona mogła nawet założyć krótką miniówę,ale nieznosiła spódniczek.Moja siostra miała teraz na sobie poszarpane dżinsy w odcieniu ciemnoniebieskim,sięgające do połowy łydki.Specjalnie je podwinęła,zawsze tak robiła.Ubrała też wygnieciony,przyduży top,a że spod niego było jej widać stanik,to jeszcze czarny top bez ramiączek.Na rozkaz wujka musiała ubrać szary kardigan.Uśmiechnęłam się wesoło,kiedy obok nas zauważyłam starszego mężczyznę.
-No,no,no.Ładne masz te siostrzenice,nie ma co.-zaśmiał się pan Black,a wujek zawtórował mu.Podeszłam bliżej,jako najśmielsza z rodziny Paris.
-Witam,jestem Alice Paris,mówią na mnie Allie.-przywitałam się grzecznie i uścisnęłam dłoń mężzczyzny z przyjaznym uśmiechem.Pan Black również się uśmiechnął,ale nie tak spontanicznie.
-Witaj Alice,Billy Black,ale proszę,mów mi po prostu Billy.
-To nie takie łatwe,ona nie lubi zwracać się do dorosłych osób po imieniu.-szepnął na głos i obaj się zaśmiali,również Lindy.Wywróciłam oczami.
-A do Billego właśnie będę mówić po imieniu,i co?!-krzyknęłam radośnie i również się zaśmiałam.Wtem do moich uszu doszedł trzask łamanej gałęzi.Wzdrygnęłam się i rozejrzałam.
-Ocho,Jake wrócił.-oznajmił zadowolony Billy i spojrzał w stronę ściany lasu.Dopiero teraz go zauważyłam.Umięśniony Indianin,wcale nie wyglądał na nastolatka.A wręcz na dorosłego mężczyznę,który codziennie odwiedza siłownię.Przygryzłam karminową wargę,zaciskając ze zdenerwowania pięści.Dopiero gdy się zbliżył,ujrzałam,że jest bez koszulki.Niespodziewanie chłopak uśmiechnął się przyjaźnie,a ja na ten uśmiech nie mogłam odpowiedzieć tym samym.Po chwili doszedł do mnie jego zapach perfum...Westchnęłam cicho z rozmarzeniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz