"I found myself in Wonderland, Get back on my feet again"

~ Avril Lavigne "Alice"





17 grudnia 2009

Rozdział 5.

Czemu wszystko było takie trudne i dziwne?Nie mogłam tego pojąć.Tak,chodziłam do klasy z Jacobem.Ale on się dzisiaj niepojawił.Nawet na minutę.A ja spędziłam te sześć godzin w oddzielnej ławce na końcu klasy.Myślałam,że może ktoś się mną zainteresuje,ale wszyscy zachowywali się tak,jakby mnie nawet nie było.Nauczyciele też!Miałam nadzieję,że jutro Jake przyjdzie do szkoły i będzie lepiej.Wyszłam na świeże powietrze,oddychając głęboko.Przetarłam jeszcze raz oczy,aby zataić faktże płakałam.Gdy podniosłam wzrok,zobaczyłam go.Opierał się o drzwiczki swojego auta tak,jakby nic się nie stało.Podeszłam do niego nieśmiało,czując na swojej twarzy zimny wiatr.Niestety,rozwiewał on też moje pasma włosów,przez co trudno było ukryć moją twarz.Kiedy już znalazłam się przy czarnym samochodzie,chciałam otworzyć drzwiczki,ale Jacob zrobił to szybciej.W ten sposób dotknęłam jego dłoni.I teraz coś poczułam,tak samo jak przy pierwszym spotkaniu.Gorąco,niewyobrażalnie gorąco.Zerknęłam mimowolnie na niego,ale Jake już był w samochodzie.Pociągnęłam nosem i już chciałam wejść,kiedy zauważyłam spojrzenia wszystkich Indianinów i Indianek.Patrzyli na mnie,jak jakiś wybryk natury.Otworzyłam drzwiczki,rozglądając się ze strachem.
-Wchodź.-poganił mnie Jacob i wtedy oprzytomniałam.Spuszczając wzrok,usiadłam na siedzeniu.Wepchnęłam liliową torbę pod siedzenie i skrzyżowałam ręce na piersi.W tej przeklętej ciszy,Jacob odpalił samochód.Ruszyliśmy z głośnym charkotem.
Nie było nawet źle.Nie,co ja mówię.Było okropnie!Ta przeklęta cisza trwała dosyć długo.Jechaliśmy pomiędzy drzewami w ciszy,jakbyśmy się nad czymś głęboko zastanawiali.Co prawda,zerkałam na niego od czasu do czasu.Na jego twarzy nie istniała już ta maska,ale zauważyłam cierpienie w jego oczach.Chciałam spojrzeć na niego jeszcze raz,ale wtedy to on już na mnie zerkał.Natychmiastowo spuściłam wzrok,przygryzając wargę.
-Mówiłeś,że przyjdziesz...-szepnęłam łamliwym głosikiem,odwracając wzrok na zieloną mozaikę za oknem.Jake westchnął cicho,nie odrywając wzroku od szosy.
-Moje sprawy...przedłużyły się.Ale zapewne niezauważyłaś mojej obecności.Co,dużo osób uważa cię już za przyjaciółkę?-Jacob próbował się zaśmiać,ale wyszło z tego nerwowe westchnięcie.Prychnęłam pod nosem,zerkając na niego z sarkazmem.
-Żartujesz sobie?Uważali,że mnie nie ma.Nawet nauczyciele.Po prostu nie istniałam.-nie żaliłam się,o nie.Chciałam mu tylko to uświadomić.Jacob zamarł.Po chwili spojrzał na mnie z pocieszeniem.
-Alice,przykro..-nie dokończył,bo mu przerwałam.
-Przestań,Jacob.To nie twoja wina.I tak wolę to niż śmianie się.Miałam niezłego farta.-prychnęłam ponownie i zauważyłam charakterystyczne dla La Push czerwone domki.Ukradkiem usłyszałam,jak z ust Jake'a wydarło się ciche westchnięcie,pełne bólu i smutku.Tak jakby...Jakby coś ukrywał przede mną.Jakby ta tajemnica zerwała go do lasu.Jakby przez to nie pojawił się w szkole.Jakby przez to cholerne "coś" mnie zawiódł.Samochód stanął przed wejściem do garażu,a ja nie zaczekałam,tylko od razu otworzyłam drzwiczki i wysiadłam.Nie miałam nawet ochoty powiedzieć mu "cześć".Na nic nie miałam ochoty.Od razu skierowałam się w stronę domu,ale Jacob wyskoczył jak oparzony z auta i dobiegł do mnie.
-Alice,naprawdę mi przykro.Chciałem przyjść,uwierz.Jutro będzie lepiej,obiecuję.-usprawiedliwiał się Jake.Ja w tym czasie szłam w zamyśleniu.Znalazłam się na werandzie,a chłopak zatrzymał się przed schodkami.Popatrzyłam na niego.
-Kim ja dla ciebie jestem,że masz mi przepraszać?Twoje sprawy,nie będę się wtrącać.
-Allie,znaczysz dla mnie dużo.I jest mi cholernie głupio,że przez takiego dupka jak ja musiałaś się czuć okropnie.Przepraszam.-szepnął Jake,a ja westchnęłam.
-Nie przepraszaj,Jake.Tylko jutro proszę,pomóż mi dobrze?Do zobaczenia.-rzuciłam nieco pogodniejszym tonem i weszłam do środka.
-Do zobaczenia...-mruknął Jacob i skierował się ku ścianie lasu.W przedpokoju nikogo nie było.Zerknęłam na nieduży zegar wiszący przy wieszakach.No tak.Była dopiero czternasta piętnaście.A jeżeli Lindy miała na drugą lekcję,to pewnie wróci o szesnastej.Od razu skierowałam się do swojego pokoju.Rzuciłam torbę pod łóżko i usiadłam na niedużym parapecie okna.Nurtowało mnie tylko jedno.Co to były za sprawy,że Jake musiał tak nagle zmienić się w oschłego chłopaka?I po co szedł do lasu?Westchnęłam cicho i wygrzebałam z torby swojego Ipod'a.Tylko to mnie uspokajało.Rzucając się na purpurową pościel,oddałam się swojej ulubionej piosence.Nawet nie wiem,kiedy dopadły mnie objęcia Morfeusza.
***
-Alice.Alice,wstawaj.-usłyszałam czyjś głos.Nie miałam pewności czyj,byłam jeszcze za bardzo zaspana.Ziewnęłam potężnie i mruknęłam coś pod nosem.Po chwili ujrzałam młodą i znaną mi twarz Lindsay.Uśmiechnęłam się kącikami ust.
-Przepraszam,szkoła mnie zmęczyła.A jak u Ciebie?-zamrugałam powiekami i usiadłam po turecku na łóżku.Lindy uśmiechnęła się szeroko.
-Wspaniale.Poznałam w Forks kilka extra osób.No właśnie...Zaprosili mnie na przyjęcie powitalne.-Lindsay straciła humor.Zmarszczyłam nos.
-Możesz iść.To nawet dobrze,że zapoznałaś fajne osoby...W czym problem?-cieszyłam się z jej szczęścia.Przynajmniej ona została dobrze powitana.
-No bo wiesz...Charlie napewno mi nie pozowoli.Impreza zaczyna się o siedemnastej,a kończy po dwudziestej pierwszej...-ciągnęła Lindy.
-Nie ma problemu.Ja mu nic nie powiem.Idź i baw się dobrze.No właśnie,która godzina...-rozejrzałam się,a mój wzrok utkwił w fioletowej tarczy zegara.Nie mogłam uwierzyć!Zasnęłam o czternastej,a była już szesnasta trzydzieści!Spałam całe dwie i pół godziny!No nieźle.Musiałam być bardzo zmęczona,a raczej przytłoczona tym wszystkim.Zerknęłam pospiesznie na swoją siostrę.
-No już!Ubieraj się!Masz tylko trzydzieści minut!-poganiłam ją,a ona cała w skowronkach wyfrunęła z mego pokoju.Zawsze było na odwrót.Zawsze to ja biegłam na imprezy,a Lindy dawała mi pozwolenie i zostawała w domu.Coś było nie tak.Przygryzłam tylko wargę i uznając,że muszę się przebrać,wygrzebałam z szafy stare,bawełniane szorty i zaduży,wełniany sweter.Było mi ciepło,mogłam iść na dół pooglądać telewizję.Wtem do pomieszczenia wbiegła uszykowana Lindy.Miała na sobie srebrzysty top(który robił za stanik) i czarną spódniczkę mini,która sięgała powyżej kolana i zakrywała brzuch dziewczyny.Założyła jeszcze te same paskowane zakolanówki i glany.Wiedziała,że to Forks i jest zimno,więc ubrała mięciutki sweter pasujący do całości.Oczywiście była też umalowana.I to jak wspaniale!Zaklaskałam bez entuzjazmu w ręce.
-Super.Baw się dobrze.-cmoknęłam ją w policzek,a ta tylko uśmiechnęła się.
-Do zobaczenia.-rzuciła i już pognała na dół.Westchnęłam i zerknęłam przez okno.Słońce przybrało barwę zimnej pomarańczy i zachodziło powoli za pokrywę drzew.Tak,zmierzch.Nie ważne,jak ten dzień był okropny albo wspaniały.Zawsze musiał się skończyć.A jutro czekał mnie drugi.Miał być lepszy.I wierzyłam w to całą sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz