-Wchodź.-poganił mnie Jacob i wtedy oprzytomniałam.Spuszczając wzrok,usiadłam na siedzeniu.Wepchnęłam liliową torbę pod siedzenie i skrzyżowałam ręce na piersi.W tej przeklętej ciszy,Jacob odpalił samochód.Ruszyliśmy z głośnym charkotem.
Nie było nawet źle.Nie,co ja mówię.Było okropnie!Ta przeklęta cisza trwała dosyć długo.Jechaliśmy pomiędzy drzewami w ciszy,jakbyśmy się nad czymś głęboko zastanawiali.Co prawda,zerkałam na niego od czasu do czasu.Na jego twarzy nie istniała już ta maska,ale zauważyłam cierpienie w jego oczach.Chciałam spojrzeć na niego jeszcze raz,ale wtedy to on już na mnie zerkał.Natychmiastowo spuściłam wzrok,przygryzając wargę.
-Mówiłeś,że przyjdziesz...-szepnęłam łamliwym głosikiem,odwracając wzrok na zieloną mozaikę za oknem.Jake westchnął cicho,nie odrywając wzroku od szosy.
-Moje sprawy...przedłużyły się.Ale zapewne niezauważyłaś mojej obecności.Co,dużo osób uważa cię już za przyjaciółkę?-Jacob próbował się zaśmiać,ale wyszło z tego nerwowe westchnięcie.Prychnęłam pod nosem,zerkając na niego z sarkazmem.
-Żartujesz sobie?Uważali,że mnie nie ma.Nawet nauczyciele.Po prostu nie istniałam.-nie żaliłam się,o nie.Chciałam mu tylko to uświadomić.Jacob zamarł.Po chwili spojrzał na mnie z pocieszeniem.
-Alice,przykro..-nie dokończył,bo mu przerwałam.
-Przestań,Jacob.To nie twoja wina.I tak wolę to niż śmianie się.Miałam niezłego farta.-prychnęłam ponownie i zauważyłam charakterystyczne dla La Push czerwone domki.Ukradkiem usłyszałam,jak z ust Jake'a wydarło się ciche westchnięcie,pełne bólu i smutku.Tak jakby...Jakby coś ukrywał przede mną.Jakby ta tajemnica zerwała go do lasu.Jakby przez to nie pojawił się w szkole.Jakby przez to cholerne "coś" mnie zawiódł.Samochód stanął przed wejściem do garażu,a ja nie zaczekałam,tylko od razu otworzyłam drzwiczki i wysiadłam.Nie miałam nawet ochoty powiedzieć mu "cześć".Na nic nie miałam ochoty.Od razu skierowałam się w stronę domu,ale Jacob wyskoczył jak oparzony z auta i dobiegł do mnie.
-Alice,naprawdę mi przykro.Chciałem przyjść,uwierz.Jutro będzie lepiej,obiecuję.-usprawiedliwiał się Jake.Ja w tym czasie szłam w zamyśleniu.Znalazłam się na werandzie,a chłopak zatrzymał się przed schodkami.Popatrzyłam na niego.
-Kim ja dla ciebie jestem,że masz mi przepraszać?Twoje sprawy,nie będę się wtrącać.
-Allie,znaczysz dla mnie dużo.I jest mi cholernie głupio,że przez takiego dupka jak ja musiałaś się czuć okropnie.Przepraszam.-szepnął Jake,a ja westchnęłam.
-Nie przepraszaj,Jake.Tylko jutro proszę,pomóż mi dobrze?Do zobaczenia.-rzuciłam nieco pogodniejszym tonem i weszłam do środka.
-Do zobaczenia...-mruknął Jacob i skierował się ku ścianie lasu.W przedpokoju nikogo nie było.Zerknęłam na nieduży zegar wiszący przy wieszakach.No tak.Była dopiero czternasta piętnaście.A jeżeli Lindy miała na drugą lekcję,to pewnie wróci o szesnastej.Od razu skierowałam się do swojego pokoju.Rzuciłam torbę pod łóżko i usiadłam na niedużym parapecie okna.Nurtowało mnie tylko jedno.Co to były za sprawy,że Jake musiał tak nagle zmienić się w oschłego chłopaka?I po co szedł do lasu?Westchnęłam cicho i wygrzebałam z torby swojego Ipod'a.Tylko to mnie uspokajało.Rzucając się na purpurową pościel,oddałam się swojej ulubionej piosence.Nawet nie wiem,kiedy dopadły mnie objęcia Morfeusza.
***
-Alice.Alice,wstawaj.-usłyszałam czyjś głos.Nie miałam pewności czyj,byłam jeszcze za bardzo zaspana.Ziewnęłam potężnie i mruknęłam coś pod nosem.Po chwili ujrzałam młodą i znaną mi twarz Lindsay.Uśmiechnęłam się kącikami ust.
-Przepraszam,szkoła mnie zmęczyła.A jak u Ciebie?-zamrugałam powiekami i usiadłam po turecku na łóżku.Lindy uśmiechnęła się szeroko.
-Wspaniale.Poznałam w Forks kilka extra osób.No właśnie...Zaprosili mnie na przyjęcie powitalne.-Lindsay straciła humor.Zmarszczyłam nos.
-Możesz iść.To nawet dobrze,że zapoznałaś fajne osoby...W czym problem?-cieszyłam się z jej szczęścia.Przynajmniej ona została dobrze powitana.
-No bo wiesz...Charlie napewno mi nie pozowoli.Impreza zaczyna się o siedemnastej,a kończy po dwudziestej pierwszej...-ciągnęła Lindy.
-Nie ma problemu.Ja mu nic nie powiem.Idź i baw się dobrze.No właśnie,która godzina...-rozejrzałam się,a mój wzrok utkwił w fioletowej tarczy zegara.Nie mogłam uwierzyć!Zasnęłam o czternastej,a była już szesnasta trzydzieści!Spałam całe dwie i pół godziny!No nieźle.Musiałam być bardzo zmęczona,a raczej przytłoczona tym wszystkim.Zerknęłam pospiesznie na swoją siostrę.
-No już!Ubieraj się!Masz tylko trzydzieści minut!-poganiłam ją,a ona cała w skowronkach wyfrunęła z mego pokoju.Zawsze było na odwrót.Zawsze to ja biegłam na imprezy,a Lindy dawała mi pozwolenie i zostawała w domu.Coś było nie tak.Przygryzłam tylko wargę i uznając,że muszę się przebrać,wygrzebałam z szafy stare,bawełniane szorty i zaduży,wełniany sweter.Było mi ciepło,mogłam iść na dół pooglądać telewizję.Wtem do pomieszczenia wbiegła uszykowana Lindy.Miała na sobie srebrzysty top(który robił za stanik) i czarną spódniczkę mini,która sięgała powyżej kolana i zakrywała brzuch dziewczyny.Założyła jeszcze te same paskowane zakolanówki i glany.Wiedziała,że to Forks i jest zimno,więc ubrała mięciutki sweter pasujący do całości.Oczywiście była też umalowana.I to jak wspaniale!Zaklaskałam bez entuzjazmu w ręce.
-Super.Baw się dobrze.-cmoknęłam ją w policzek,a ta tylko uśmiechnęła się.
-Do zobaczenia.-rzuciła i już pognała na dół.Westchnęłam i zerknęłam przez okno.Słońce przybrało barwę zimnej pomarańczy i zachodziło powoli za pokrywę drzew.Tak,zmierzch.Nie ważne,jak ten dzień był okropny albo wspaniały.Zawsze musiał się skończyć.A jutro czekał mnie drugi.Miał być lepszy.I wierzyłam w to całą sobą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz