Nie mogłabym zasnąć.Nawet gdybym chciała,nie było opcji.Oczywiście zadzwonił Charlie z kontrolą.Odpowiedziałam,że wszystko w jak najlepszym porządku.Nie musiałam wspominać,co robi Lindsay.Nawet o to nie pytał.A Billy...Billy tylko zapukał do drzwi.Gdy zobaczył mnie,spytał,gdzie Lindy.Nawet nie musiałam długo myśleć.Zmyśliłam coś,że bierze prysznic.A staruszek nie zadawał zbędnych pytań i poszedł do siebie.Dopiero teraz,siedząc przed oknem w salonie,zdałam sobie sprawę,że pozwolenie na wyjście Lindy było złym pomysłem.Musiałam siedzieć w domu sama,z telewizorem,zostawiona na pastwę losu.No tak...Oczywiście obok strużował Billy,niedaleko Charlie i...I On.Nie miałam nawet chęci i siły wypowiedzieć Jego imię.Puknęłam się z całej siły w czoło.
-Ale ze mnie idiotka...-skarciłam się szeptem i westchnęłam.No i co miałam robić?Mogłabym zadzwonić...Do Niego.Lub do Sue i Ashlee...No tak!Szybkim ruchem zerknęłam na tarczę zegara.Dwudziesta dwadzieścia...A może jeszcze nie śpią?Musiałam spróbować.Dobrze,że wcześniej przytargałam telefon.Wybrałam numer do Ash i nacisnęłam przycisk "zielonej słuchawki".Sygnał...Sygnał...Sygnał..."Abonent czasowo niedostępny".
-Ashlee no...-mruknęłam pod nosem i rzuciłam komórkę ze złością na poduszkę.Pociągnęłam nosem.Kompletnie nie miałam co robić...Chciałam tylko z Nim porozmawiać.Po prostu.Twarzą w twarz.Z westchnięciem zabrałam telefon,inne rzeczy(między innymi:kubek z gorącą czekoladą,popcorn i poduszkę) i pobiegłam na górę do swojego "Królestwa purpury" jak to określiła Lindy niedawno.Postawiłam swoje zdobycze na biurku i usiadłam na parapecie,wpatrując się w las jak zaczarowana.Rozważałam wszystkie opcje.Może...Może miał jakichś kolegów-łobuzów i wstydził się ich mi przedstawiać?Może...Nie wiem.Sama nie wiem już kompletnie.Załamałam ręce i spuściłam wzrok.Po kilku minutach cisza mi ciążyła i włączyłam magnetofon.Pierwsza piosenka była akurat w moim nastroju.Przygaszona,melancholijna,nostalgiczna...Smutna.Już miałam rzucić się na łóżko z płaczem,kiedy na dole,pod oknem doszły do mnie dziwne dźwięki.Jakby jakieś drapanie...A jeżeli to złodziej?!Lub niedźwiedź?!Oddychałam w miarę równo i głęboko,ale mój umysł nakazywał mi uciekać.
-Alice,słyszysz mnie?-doszło do mnie.Jacob.Tak,Jake.Zmarszczyłam nos i otworzyłam okno na oścież.Do pokoju pełnego lilii wtargnęło zimne powietrze.Zadrżałam,ale wychyliłam się.Pod drzewem stał Mój Indianin.Nie miał koszulki,co mnie bardzo zmartwiło.Przecież było tak zimno!Mógł się przeziębić!Ale nie miałam czasu na troski.
-Jake?!Co ty tu robisz?!-patrzyłam na niego jak w obrazek,chociaż jeszcze nie zabliźnione rany piekły mnie cholernie.Przełknęłam ślinę,oddychając nierówno.
-Odsuń się.Zaraz do Ciebie wejdę.-krzyknął Jacob.Chciałam już zaprotestować,ale moje nogi nie posłuchały i odsunęłam się pod same drzwi.Jak on miał tutaj wejść?!Przecież było tak wysoko!Przełknęłam ślinę,opierając się rękoma o dębowe drzwi.Niespodziewanie przed moimi oczami ukazał się Jacob,patrząc na mnie ze skruchą.Wzięłam głęboki oddech,a on w tej właśnie chwili jednym sprawnym ruchem przysunął mnie do swojego rozgrzanego ciała.Poczułam,jak tracę oddech.Łapałam powietrze garściami,chcąc jakoś odsunąc od siebie Jacoba,ale nie miałam siły.Nawet nie miałam siły zastanowić się,dlaczego jest taki gorący,silny i umięśniony.
-Jake...-jęknęłam,oddychając nierówno.Chłopak spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem,poczym odsunął mnie gwałtownie od siebie.Spuścił wzrok.
-Wybacz...Ciągle zapominam,że ludzi to boli.-mruknął pod nosem i spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem.Chrząknęłam cicho i spuściłam wzrok.Dopiero teraz miałam okazję przemyśleć to wszystko...Więc tak.Jacob na pewno nie był normalnym człowiekiem.O nie.Co do tego,to nie miałam wątpliwości.Był gorący,aż nadnaturalnie gorący.I nadnaturalnie szybki.I miał jakiś sekret,napewno połączony z tymi zdolnościami.Spojrzałam na niego.Okazało się,że nie spuścił ze mnie oka ani na sekundę.
-Nic się nie stało.Tyle,że nic nie rozumiem.Jesteś taki gorący...Taki silny,taki uśmięśniony...O co chodzi,Jake..?Powiedz mi,błagam.-westchnęłam cicho i usiadłam na liliowej pościeli.Jacob zrobił to samo.Nie wiem z jakiego powodu,ujął moją kruchą dłoń w swoje potężne,gorące ręce.Spojrzał na mnie z troską i obawą.
-Bo widzisz...Ja nie jestem całkowicie normalny.Tylko...Ech,nie mogę ci powiedzieć,dlaczego tak dzisiaj uciekłem.I nie mogę ci powiedzieć,kim jestem.Musisz to zaakceptować,na jakiś czas...Niedługo ci powiem,obiecuję.Alice,ty naprawdę jesteś dla mnie ważna.-szepnął nieśmiało,poczym odgarnął zbłąkany kosmyk włosów z mojej skroni.Czułam,że moje policzki oblewają się szkarłatem.Jake zachichotał.Pewnie te rumieńce to spowodowały.Spojrzałam mu pewnie w ciemne oczęta,uśmiechając się delikatnie.
-Dobrze,poczekam.Tylko proszę,nic już nie ukrywaj.Oprócz tego dziwnego sekretu.Ale...Te twoje wypady do lasu to też tajemnica?Bo myślałam,że mogę z Tobą tam chodzić...-przerwał mi głośnym śmiechem.
-O nie,Allie.Tak,te wypady to też tajemnica.Ale ty nie możesz na nie chodzić.Nie to,że mi by to przeszkadzało,wręcz przeciwnie.Ale...Masz szkołę i nie możesz zawieść Charliego.-pouczył mnie.Mruknęłam coś pod nosem i skrzyżowałam ręce na piersi.Jake znowu zachichotał.
-No nie gniewaj się.Jak chcesz,to w ramach rekompensaty mogę tu z Tobą posiedzieć.A właśnie,gdzie twoja siostra?-spytał,zaciekawiony tym faktem.Mimowolnie przytuliłam się do jego nadnaturalnie gorącego boku.
-Na imprezie powitalnej.Wróci po dwudziestej pierwszej..-mruknęłam tylko,przymykając powieki z zadowoleniem.Jake pokiwał tylko głową.
-To zostanę do tej dwudziestej pierwszej.A jak mi pozwolisz,to mogę do Ciebie wpadać codziennie.Wejście przez te okno to dla mnie pestka.-wyszczerzył śnieżnobiały zgryz,a ja parsknęłam śmiechem.
-To,że tak łatwo przychodzi ci wchodzenie przez okno jest powiązane z tą tajemnicą,tak?-spytałam retorycznie,choć znałam odpowiedź na te pytanie.Jacob pokiwał głową i objął mnie gorącym ramieniem.Złożyłam głowę na jego piersi.Czułam,że ten dzień skończył się teraz.Że słońce teraz zaszło.Nie mogłam w to wszystko uwierzyć,nawet już nie ekscytowałam się,że Jake mnie przytula.W tym momencie była to dla mnie codzienność.Jutro miało być jeszcze lepiej.Obiecał mi,że jutro przyjdzie do szkoły.A ja dowiem się o jego sekrecie już niedługo.Jest tak,jakby już mi go wyjawił.Czyli będzie jeszcze lepiej.Uśmiechnęłam się pod nosem,a w tym czasie Jake ułożył mnie sprawnie na łóżku,przytulając do swojej rozgrzanej klatki piersiowej.Był moim osobistym "przenośnym ogrzewaczem".Na takiego "ogrzewacza" czekałam od dawna.I wreszcie się pojawił,w postaci kochanego Indianina.Przymknęłam powieki,kiedy nagle Jacob począł nucić do mojego ucha jakąś spokojną,indiańską melodię.W mig zasnęłam,przy swoim Indianinie.
18 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz