Mijały minuty, może godziny. Nie obchodziło mnie to w ogóle. Siedziałam ciągle na podłodze obok swojego byłego chłopaka.
Kurczę, jak trudno było mi uwierzyć, że jeszcze dziś rano kochałam go nad wieki.
Westchnęłam cicho i oderwałam się niechętnie od Jacoba. On pewnie źle się czuł z tym, że nadal mnie przytulał mimo tego, że już mnie nie kochał. Sam mi to wyjaśnił :
- Posłuchaj… Nadal cię kocham, ale jak przyjaciółkę, siostrę. Nie tak mocno jak wtedy.
Powoli się z tym godziłam. Bo miałam inne wyjście? Nie. Musiałam być twarda, jak Leah znieść obecność Jake’a w moim domu. I postawić się w sytuacji Lindy. Musiałam być dzielna.
- Będę już się zbierał… - zaczął nieśmiało Indianin, odrywając się powolnym krokiem od podłogi.
Pokiwałam głową, obejmując ramionami kolana. Znowu zerknęłam w lustro. Byłam blada, włosy pozlepiały się do mojej mokrej od łez twarzy, miałam sine miejsca pod oczami. Nadal przypominałam zombie.
- A… Kiedy masz zamiar… No wiesz… - chrząknęłam, aby dodać sobie odwagi. – Powiedzieć Lindsay co do niej czujesz. – szepnęłam, oddychając głęboko. Również wstałam, podchodząc wolnym i nieco chwiejnym przez nadal obandażowaną nogę krokiem do toaletki. Złapałam pierwszą lepszą gumkę do włosów i związałam nią swoje pasma.
Jake przyglądał mi się badawczo, nie wiedząc, co począć. Chyba sam nie miał jeszcze do końca pojęcia, kiedy to powiedzieć.
- Wiesz… Chyba jutro, po szkole. – spuścił zagubiony wzrok. – Jeżeli nie chcesz tego widzieć, to mógłbym od razu zawieźć cię do Charliego lub Emely… - zaproponował.
Pokręciłam głową.
- Nie, pójdę na spacer… Nic mi nie zaszkodzi. Pewnie jak wrócę jutro to i tak będzie wniebowzięta. – próbowałam zaśmiać się jak najbardziej spontanicznie, ale w końcu przypominało to warknięcie.
Jacob spojrzał na mnie badawczo, poczym westchnął.
- To na razie. Wybacz, że tak wyszło. – podszedł do mnie i mocno objął mnie ramionami. Nie mogłam nic wykrztusić – ciało Jake’a zmiażdżyło mi płuca.
- Jacob… - wydukałam niesprawnie, szamocząc się w jego objęciach. Nic.
Po chwili jednak spojrzał na mnie zdezorientowany i oderwał się momentalnie od mojego ciała. Podrapał się po głowie.
- Wybacz… Zapominam, że jesteś człowiekiem. – zaśmiał się gorzko pod nosem. Podszedł do mnie ostrożnie i musnął rozgrzanymi wargami moje blade czoło.
- Błagam, nie rób nic głupiego z mojego powodu. Jasne? – spojrzał na mnie. Pokiwałam energicznie głową, chociaż nie byłam pewna, czy do końca go posłucham. Zaśmiałam się złośliwie pod nosem.
Jacob w mgnieniu oka znalazł się przy oknie. Za chwilę wyskoczył z niego i z cichym trzaskiem wylądował na ziemi. Nie chciałam na to patrzeć, ale ciekawość wzięła górę i podbiegłam do okna. Stał na oświetlonej blaskiem księżyca trawie, patrząc w dal. Westchnął pod nosem i rzucił się pędem w las, który znajdował się niedaleko.
Kątem oka zauważyłam, że po jego kręgosłupie przeszły potężne dreszcze.
Za chwilę dało się słyszeć głuchy huk i gdzieś w dali, tętent wilczych łap.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nic nie zdziałałam. I nie zdołam zdziałać.
Mimo tego iż powstrzymywałam się z całych sił, wybuchnęłam gromkim płaczem, rzucając się ostatkami sił na moje miękkie łóżko. Łydka, ocierając się groźnie o materiał, zaczęła ciągnąć boleśnie, ale zignorowałam ten błahy odruch mojego ciała. Zanurzyłam twarz w poduszce i płakałam, może z 15 minut. Pociągnąwszy nosem, wstałam z miejsca i jeszcze raz zerknęłam w lustro. Przydałaby mi się odświeżająca i relaksująca kąpiel. Pokuśtykałam do szafy i wyjęłam z niej szorty i starą bluzkę. Ze spuszczonym wzrokiem wyszłam z pokoju kierując się do łazienki.
***
Nie miałam pojęcia, czy to był sen czy może jawa, ale czułam się tak, jakby to działo się na prawdę.
Znalazłam się w górach. Mroźny wiatr owiewał moje kruche ciałko, powodując, że wyginałam się raz w prawo raz w lewo, jak trzcina. Pociągałam nosem, drżałam z zimna. Nie miałam pojęcia, co mam robić. Kiedy krzyczałam – nie wydawałam z siebie żadnego dźwięku. Kiedy płakałam – łzy zamarzały na moich policzkach. W końcu postanowiłam rzucić się w przepaść – miałam teraz stuprocentową pewność, że to sen. Bo jak miałam inaczej wytłumaczyć to, że poszłam spać w łóżku, a znalazłam się w górach?! Zerknęłam od niechcenia w dół. I wtedy mnie zmroziło.
Na dole wcale nie było stromo. Znajdowała się tam cała wataha olbrzymich wilkołaków. Gdzieś z tyłu zauważyłam świecące istoty. Blade jak światło księżyca. Wampiry. Nawet zdążyłam zerknąć na ową wesolutką Alice. Ale teraz nie była cała w skowronkach. Jej dziewczęca twarz wykrzywiona była w smutku i przerażeniu. Drżała, chociaż nie z zimna, ale ze zdenerwowania. Zmarszczyłam nos. O co tu chodziło?! Czy tylko mi śniły się takie bezsensowne rzeczy?
I wtedy ich zobaczyłam. Po środku tej całej „ekipy” stał Jacob, przytulając Lindsay. Byli przeszczęśliwi, w przeciwieństwie do innych. Jakby cieszyli się z tego, że mnie boli.
I to na mnie podziałało jak magnes. Ignorując ból w klatce piersiowej, rzuciłam się z przepaści wprost w pyski wilków.
Kątem oka zauważyłam, że mina Jacoba zmienia się. Wykrzywiona teraz była smutkiem i bólem. Wymówił bezgłośne „wybacz”.
Obudziłam się z dzikim płaczem i szlochem. Wbiłam policzek w calusieńką mokrą od łez poduszkę. Serce biło mi znacznie szybciej niż zwykle. Odetchnęłam głęboko dla uspokojenia, ale nawet to nic nie dało. W końcu płakałam tak gdzieś z kilka minut. Kiedy miałam już wstać i po prostu pójść do łazienki, do pokoju wpadła Lindsay. Ubrana była w zwykłe czarne rurki, co mnie zdziwiło, biały top z napisem „I love NY” i szary kardigan. W blond pasmach zawieruszyła się jej czarna szczotka. Spojrzała swoim przerażonym wzrokiem na mnie. Zapewne usłyszała, jak ryczę w niebogłosy.
- Co jest? – spytała, przeczesując swoje pasma.
Pokręciłam głową.
- Miałam koszmar… Realistyczny bardzo. – wyszeptałam. Sprawdziłam, czy łydka nadal mnie tak boli. Nic nie odczułam. Maść Carlisle’a dała radę. Włożyłam stopy w mięciutkie kapcie i podeszłam powolnym krokiem do półki. Usiadłam przed nią, wpatrując się we wnętrze szafki.
- Nie masz w co się ubrać? – zachichotała Lindsay, siadając obok mnie.
Pokręciłam głową, przełykając ślinę. Jak ja mogłam wytrzymywać w jej towarzystwie? No jak?! Najchętniej bym jej wszystko wygadała. Ale nie mogłam. W końcu to była moja siostra.
Najukochańsza siostrzyczka, która ukradła mi chłopaka.
Potrząsnęłam delikatnie głową, aby wyrzucić z głowy te uporczywe myśli.
Spojrzałam na nią.
- Nie, zaraz coś wygrzebię. Nie martw się.
Wzruszyła tylko beznamiętnie ramionami i podniosła się z miejsca. Podeszła do framugi drzwi i ostatni raz na mnie spojrzała.
- Co chcesz jeść? Płatki, jajecznicę czy omlet? – podrapała się po głowie.
- Płatki mogą być… - szepnęłam, wyciągając z szafki białą bluzkę, fioletowy sweter do kolan i czarne spodnie, rurki. Nie miałam zamiaru dbać aż tak bardzo o swój wygląd. Nie miałam na to ochoty. Wszystko było mi obojętne…
Złapałam ubrania w dłoń i popędziłam do łazienki z niechęcią. Miałam nadzieję, że Lindsay nie zorientuje się, że jestem inna niż zwykle.
Dopiero teraz do mnie dotarło, że przed tym, jak Jake mnie „rzucił”, trudno mi to było tak nazywać, zachowywałam się identycznie jak Alice Cullen.
Podrapałam się po głowie, łapiąc klamkę drzwi od łazienki.
7 marca 2010
6 marca 2010
Rozdział 15.
- Dzięki, Sam. Nie wiem, co bym bez ciebie poczęła. – westchnęłam cicho i delikatnie ustałam na prawej stopie. Nie bolała aż tak bardzo, a to wszystko zasługa Carlisle’a.
Mężczyzna nerwowo przebierał z jednej nogi na drugą.
- Nie ma za co. – mruknął, rozglądając się nerwowo.
Wyczułam jego niepokój. Zmarszczyłam czoło i delikatnie puknęłam go po ramieniu.
- Co się dzieje? – spytałam. Zdziwiło mnie, co mogło Sama tak nagle wyprowadzić z równowagi.
Pokręcił głową i spojrzał na mnie spode łba. Nie był akurat na mnie zły. Był zły na kogoś innego. Kogoś, kto właśnie coś przeskrobał.
- Jake. Uważa się za wielkiego dzielnego chłopaka i wtargnął do ciebie do pokoju przez okno. Chce ci to wszystko wytłumaczyć...Ale jest bardzo negatywnie do ciebie nastawiony. Myśli, że ty go w ogóle nie kochałaś. – wyszeptał na jednym tchu. Mogłabym go nie zrozumieć, ale nie w takiej chwili.
Jacob. Kilka metrów od mojej siostry.
Serce wyrywało się z mojej piersi. Nie wytrzymywało tego wszystkiego, tak jak ja.
Zacisnęłam zęby i złapałam klamkę.
- Nie bądź na niego zła. To wszystko zwaliło się na niego tak nagle, tak samo jak na ciebie. Wpojenie przychodzi samo. – tłumaczył zaaferowany Sam, ale dla mnie istniał tylko Jake. Z nim miałam się zmierzyć.
- Aha. – mruknęłam niezrozumiale i wszedłszy do środka, zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Lindsay jak gdyby nigdy nic siedziała na kanapie przed telewizorem. Nie chciałam patrzeć, co ogląda, ale zauważyłam, że wiadomości. Zmarszczyłam momentalnie czoło, jednak pokręciłam po chwili głową. Nie to mnie obchodziło.
- Cześć! O matko... Co ci się stało?! – krzyknęła, zbierając się z miejsca i podchodząc do mnie momentalnie.
Przełknęłam ślinę. Bałam się, że zaraz coś jej zrobię. Wiedziałam i to bardzo dobrze, że to wcale nie była wina Lindy. Ale nie mogłam się powstrzymać. Zacisnęłam pięści i zagryzłam wargę.
- Potknęłam się o konar w lesie. Pójdę już na górę. Nic mi nie jest. Sam zabrał mnie do… szpitala. – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Spojrzała na mnie spode łba. Zerknęłam na nią.
- No dobrze, dobrze. I tak jest wcześnie. Leć już leć. Odpocznij, czy coś. – mruknęła, powracając do oglądania kolorowego pudła.
Odetchnęłam z ulgą. Tak, za to ją kochałam. Nie wtrącała się w moje sprawy, nie była nachalna.
Pokuśtykałam do schodów i z niemałym wysiłkiem wspięłam się na piętro. Nabrałam olbrzymiej ilości powietrza do płuc i skierowałam się w stronę moich drzwi.
Chciałam powstrzymać drgawki, jakie wywołał stres, ale nic z tego. Drżałam jak osika.
Złapałam klamkę i otworzyłam drzwi na oścież.
***
Siedział jak gdyby nigdy nic na moim łóżku, patrząc zamyślonym i nadal pełnym bólu wzrokiem na ciemność za oknem.
Zauważył, że weszłam, ale nie podniósł wzroku. Nie był zły. Sam mnie okłamał. A może to Jacob szybko się opanował? Usiadłam na podłodze obok jego łydek, patrząc przed siebie, w lustro. Wyglądałam jak zombie, Sam miał rację. Uśmiechnęłam się blado i poprawiłam kosmyk włosów za ucho.
- Przepraszam. – wyszeptał niezgrabnie, siadając obok mnie. Przełknęłam ślinę. Był tak blisko… Wiedziałam, że nie zdołam zrobić mu krzywdy, ale gdybym go zdenerwowała… Gdyby zamienił się w wilka…
Pokręciłam głową, chcąc odrzucić uporczywe myśli z głowy.
- To nie twoja wina. – mój głos brzmiał inaczej, niż bym tego chciała. Był taki… taki rozczulony, drżący i piskliwy. Jakbym miała za chwilę rozpłakać się na dobre.
Jake westchnął głęboko. Objął mnie gorącym ramieniem, widząc kątem oka moje drgawki na całym ciele.
Źle zinterpretował ten gest. Tak samo jak Sam.
Czy każdy wilkołak miał nieodłączny obowiązek ocieplania osoby, z którą przebywa?!
- Nie jest mi zimno. Po prostu… po prostu się denerwuję. – wyszeptałam drżącym głosem. Mimo tego Indianin podszedł szybkim ruchem do okna i zanim zamrugałam, było już zamknięte. Wywróciłam oczami.
- Muszę ci to wyjaśnić… - zaczął, zerkając na mnie. Nie chciałam patrzeć mu w oczy. Nie mogłabym.
Pokiwałam tylko zachęcająco głową, skupiając swoją całą uwagę na mojej obandażowanej łydce.
- Więc… nie mówiłem ci o wpojeniu. Myślałem, że to mnie nie spotka. Bo są takie wilkołaki, które mają wpojenie, albo takie, które tego nie mają. To nie zdarza się każdemu. Ja myślałem, że mi też się to nie przytrafi… - wziął głęboki wdech. Wyczułam, jak serce Jacoba bije szybciej z każdą minutą. Moje również. – Wpojenie to takie uczucie… Gdy spotkasz tą jedyną osobę. Widzisz ją i niespodziewanie nic innego się nie liczy. Jesteś z nią powiązany niewidzialnymi nićmi, które trzymają jak łańcuchy. Zakochujesz się w tej osobie na zabój. Wtedy masz prawo powiedzieć jej o wilkołakach. A ta osoba może nie zgodzić się, aby być twoim partnerem, ma takie prawo. Ale wpojony wilkołak potem nie może nikogo pokochać. Jest nieszczęśliwy przez całe życie. – wytłumaczył, a ja słuchałam w skupieniu. Czyli gdyby Lindsay nie zgodziła się na związek z Jake’iem, on byłby nieszczęśliwy… Nie, nie tego chciałam. Jeśli już to się zdarzyło, to niech ona się zgodzi. Niech mój luby będzie szczęśliwy. Przynajmniej mam pewność, że żadna obca dziewczyna go nie zrani. Westchnęłam głęboko.
- Kiedyś Sam i Leah byli razem. Tak samo jak my. Ale później przyjechała kuzynka Lei, Emely. To w niej wpoił się Sam. A Leah została sama. Dlatego nie lubi przebywać w domu Emely. I dlatego darzy niechęcią każdego z członków sfory, oprócz Setha, swojego brata. – nagle coś mi zaświtało. Miałam odpowiedź na swoje pytanie. To dlatego Leah tak dziwnie zachowywała się przed kolacją u Emely! No tak. Byłyśmy teraz w takiej samej sytuacji. Nigdy nie przypuszczałabym, że ona mogłaby teraz tak normalnie żyć z myślą, że jej własna kuzynka odebrała jej chłopaka!
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. „Ok., dobra, bądź szczęśliwy z moją własną siostrą”? Na pewno nie. Może lepiej byłoby nic nie mówić… Może lepiej byłoby zostać w milczeniu.
Na zawsze. Bo straciłam już jakikolwiek sens życia.
Miałam patrzeć na moją szczęśliwą siostrzyczkę z moim ukochanym lubym, który już nie był „moim Jacobem”.
Przymknęłam powieki, zatopiłam się w klatce piersiowej Jake’a i zaczęłam płakać.
Jak mała dziewczynka. Znowu zostałam sama.
Mężczyzna nerwowo przebierał z jednej nogi na drugą.
- Nie ma za co. – mruknął, rozglądając się nerwowo.
Wyczułam jego niepokój. Zmarszczyłam czoło i delikatnie puknęłam go po ramieniu.
- Co się dzieje? – spytałam. Zdziwiło mnie, co mogło Sama tak nagle wyprowadzić z równowagi.
Pokręcił głową i spojrzał na mnie spode łba. Nie był akurat na mnie zły. Był zły na kogoś innego. Kogoś, kto właśnie coś przeskrobał.
- Jake. Uważa się za wielkiego dzielnego chłopaka i wtargnął do ciebie do pokoju przez okno. Chce ci to wszystko wytłumaczyć...Ale jest bardzo negatywnie do ciebie nastawiony. Myśli, że ty go w ogóle nie kochałaś. – wyszeptał na jednym tchu. Mogłabym go nie zrozumieć, ale nie w takiej chwili.
Jacob. Kilka metrów od mojej siostry.
Serce wyrywało się z mojej piersi. Nie wytrzymywało tego wszystkiego, tak jak ja.
Zacisnęłam zęby i złapałam klamkę.
- Nie bądź na niego zła. To wszystko zwaliło się na niego tak nagle, tak samo jak na ciebie. Wpojenie przychodzi samo. – tłumaczył zaaferowany Sam, ale dla mnie istniał tylko Jake. Z nim miałam się zmierzyć.
- Aha. – mruknęłam niezrozumiale i wszedłszy do środka, zamknęłam mu drzwi przed nosem.
Lindsay jak gdyby nigdy nic siedziała na kanapie przed telewizorem. Nie chciałam patrzeć, co ogląda, ale zauważyłam, że wiadomości. Zmarszczyłam momentalnie czoło, jednak pokręciłam po chwili głową. Nie to mnie obchodziło.
- Cześć! O matko... Co ci się stało?! – krzyknęła, zbierając się z miejsca i podchodząc do mnie momentalnie.
Przełknęłam ślinę. Bałam się, że zaraz coś jej zrobię. Wiedziałam i to bardzo dobrze, że to wcale nie była wina Lindy. Ale nie mogłam się powstrzymać. Zacisnęłam pięści i zagryzłam wargę.
- Potknęłam się o konar w lesie. Pójdę już na górę. Nic mi nie jest. Sam zabrał mnie do… szpitala. – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Spojrzała na mnie spode łba. Zerknęłam na nią.
- No dobrze, dobrze. I tak jest wcześnie. Leć już leć. Odpocznij, czy coś. – mruknęła, powracając do oglądania kolorowego pudła.
Odetchnęłam z ulgą. Tak, za to ją kochałam. Nie wtrącała się w moje sprawy, nie była nachalna.
Pokuśtykałam do schodów i z niemałym wysiłkiem wspięłam się na piętro. Nabrałam olbrzymiej ilości powietrza do płuc i skierowałam się w stronę moich drzwi.
Chciałam powstrzymać drgawki, jakie wywołał stres, ale nic z tego. Drżałam jak osika.
Złapałam klamkę i otworzyłam drzwi na oścież.
***
Siedział jak gdyby nigdy nic na moim łóżku, patrząc zamyślonym i nadal pełnym bólu wzrokiem na ciemność za oknem.
Zauważył, że weszłam, ale nie podniósł wzroku. Nie był zły. Sam mnie okłamał. A może to Jacob szybko się opanował? Usiadłam na podłodze obok jego łydek, patrząc przed siebie, w lustro. Wyglądałam jak zombie, Sam miał rację. Uśmiechnęłam się blado i poprawiłam kosmyk włosów za ucho.
- Przepraszam. – wyszeptał niezgrabnie, siadając obok mnie. Przełknęłam ślinę. Był tak blisko… Wiedziałam, że nie zdołam zrobić mu krzywdy, ale gdybym go zdenerwowała… Gdyby zamienił się w wilka…
Pokręciłam głową, chcąc odrzucić uporczywe myśli z głowy.
- To nie twoja wina. – mój głos brzmiał inaczej, niż bym tego chciała. Był taki… taki rozczulony, drżący i piskliwy. Jakbym miała za chwilę rozpłakać się na dobre.
Jake westchnął głęboko. Objął mnie gorącym ramieniem, widząc kątem oka moje drgawki na całym ciele.
Źle zinterpretował ten gest. Tak samo jak Sam.
Czy każdy wilkołak miał nieodłączny obowiązek ocieplania osoby, z którą przebywa?!
- Nie jest mi zimno. Po prostu… po prostu się denerwuję. – wyszeptałam drżącym głosem. Mimo tego Indianin podszedł szybkim ruchem do okna i zanim zamrugałam, było już zamknięte. Wywróciłam oczami.
- Muszę ci to wyjaśnić… - zaczął, zerkając na mnie. Nie chciałam patrzeć mu w oczy. Nie mogłabym.
Pokiwałam tylko zachęcająco głową, skupiając swoją całą uwagę na mojej obandażowanej łydce.
- Więc… nie mówiłem ci o wpojeniu. Myślałem, że to mnie nie spotka. Bo są takie wilkołaki, które mają wpojenie, albo takie, które tego nie mają. To nie zdarza się każdemu. Ja myślałem, że mi też się to nie przytrafi… - wziął głęboki wdech. Wyczułam, jak serce Jacoba bije szybciej z każdą minutą. Moje również. – Wpojenie to takie uczucie… Gdy spotkasz tą jedyną osobę. Widzisz ją i niespodziewanie nic innego się nie liczy. Jesteś z nią powiązany niewidzialnymi nićmi, które trzymają jak łańcuchy. Zakochujesz się w tej osobie na zabój. Wtedy masz prawo powiedzieć jej o wilkołakach. A ta osoba może nie zgodzić się, aby być twoim partnerem, ma takie prawo. Ale wpojony wilkołak potem nie może nikogo pokochać. Jest nieszczęśliwy przez całe życie. – wytłumaczył, a ja słuchałam w skupieniu. Czyli gdyby Lindsay nie zgodziła się na związek z Jake’iem, on byłby nieszczęśliwy… Nie, nie tego chciałam. Jeśli już to się zdarzyło, to niech ona się zgodzi. Niech mój luby będzie szczęśliwy. Przynajmniej mam pewność, że żadna obca dziewczyna go nie zrani. Westchnęłam głęboko.
- Kiedyś Sam i Leah byli razem. Tak samo jak my. Ale później przyjechała kuzynka Lei, Emely. To w niej wpoił się Sam. A Leah została sama. Dlatego nie lubi przebywać w domu Emely. I dlatego darzy niechęcią każdego z członków sfory, oprócz Setha, swojego brata. – nagle coś mi zaświtało. Miałam odpowiedź na swoje pytanie. To dlatego Leah tak dziwnie zachowywała się przed kolacją u Emely! No tak. Byłyśmy teraz w takiej samej sytuacji. Nigdy nie przypuszczałabym, że ona mogłaby teraz tak normalnie żyć z myślą, że jej własna kuzynka odebrała jej chłopaka!
Nie miałam pojęcia, co powiedzieć. „Ok., dobra, bądź szczęśliwy z moją własną siostrą”? Na pewno nie. Może lepiej byłoby nic nie mówić… Może lepiej byłoby zostać w milczeniu.
Na zawsze. Bo straciłam już jakikolwiek sens życia.
Miałam patrzeć na moją szczęśliwą siostrzyczkę z moim ukochanym lubym, który już nie był „moim Jacobem”.
Przymknęłam powieki, zatopiłam się w klatce piersiowej Jake’a i zaczęłam płakać.
Jak mała dziewczynka. Znowu zostałam sama.
5 marca 2010
Rozdział 14.
- Nie martw się, niedługo będziemy u doktora Cullena. – wyszeptał opanowany Sam, patrząc na drogę przed siebie w zadumie.
Powoli przysypiałam, ale nie miałam siły. Moje myśli nie dawały mi spokoju. Krążyły po mej głowie jak jakieś widma. I ciągle przypominał mi się widok twarzy zranionego i skruszonego Jacoba. I wycie. Przerażające wycie. Zadrżałam delikatnie na całym ciele.
Jednak Sam odebrał to jako inny znak. Zacisnął swoje silne ramiona szerzej, myśląc, że jest mi zimno.
- Nie, nie jest mi zimno. Dzięki. – szepnęłam, uśmiechając się blado. Sam zerknął na mnie i potrząsnął głową, powracając do lustrowania zamyślonym wzrokiem drogi przed nami. Zauważyłam, że na jego twarzy panowało przerażenie.
Musiałam wyglądać okropnie z bladym uśmiechem.
Zaśmiałam się sarkastycznie pod nosem, a mężczyzna zerknął na mnie porozumiewawczo.
- Dziwię się, że tak dobrze to zniosłaś. – oznajmił, poczym pociągnął nosem i skrzywił się.
Zdziwiło mnie jego zachowanie, więc ja też pociągnęłam nosem. Nic takiego nie wyczułam. Tylko las.
- Tak? A mi się właśnie zdaje, że zemdlenie to chyba nie dobry znak, hm? – westchnęłam cicho. Chciałam być milsza, ale nie potrafiłam. Kipiało we mnie to smutkiem to złością. Na przemian.
- Jesteśmy. Wiesz... Cullenowie to nie jest taka zwykła rodzina. To... No, to są wampiry. – wyszeptał, zatrzymując się nagle przed ogromnym domem o ścianach-lustrach.
Jednak teraz nie zainteresował mnie wygląd owego nieznanego mi domu.
Wampiry?! No pewnie! Nieświadomie wskoczyłam do świata baśni.
Chrząknęłam cicho i przełknęłam ślinę. O ile było mi wiadomo, wampiry żywiły się krwią. Ludzką krwią...
Ale to tylko były moje przypuszczenia. Kiedyś oglądałam film o wampirach... Dracula? Albo coś w tym rodzaju.
- Wampiry? – wyjąkałam niezrozumiale, patrząc z przerażeniem w oczach na owy wielki dom. Czekałam na wyjaśnienia i nie zadawałam setki pytań, które krążyły po mojej głowie jak wcześniej wspomniane widma.
- Tak. Ale nie bój się. Piją krew zwierzęcą. Dlatego się z nimi zadajemy. Zawarliśmy pakt kilka lat temu. Nie wiem czy wiesz, ale Bella jest żoną Edwarda Cullena. Ona też jest wampirem. Charlie o tym nie wie, ale wie, że Bells jest inna. A oni teraz wyjechali, bodajże do znajomych do Irlandii. – widząc moją nadal przerażoną minę, zaśmiał się surowo. – Allie, nie martw się. Nic ci nie zrobią. Skoro nie boisz się wilkołaków, to też nie bój się wampirów. A! Powinnaś wiedzieć, że ich serca są zatrzymane, są cali bladzi, iskrzą się w słońcu, mają ostre kły, są nadnaturalnie szybcy i silni. Ale Culleni to całkiem przyjazna rodzina, więc na pewno cię polubią. – odetchnęłam ze świstem, oddychając swobodnie. Zdziwiło mnie to, bo nagle zrobiło mi się lepiej na sercu. Byłam rozluźniona.
Spojrzałam ze zmarszczonym czołem na Sama.
- Jasper. Jeden z adoptowanych dzieci Carlisle’a. Ma specjalny dar. Potrafi sterować emocjami innych. Wyczuł, że jesteś spięta i cię rozluźnił. Może to i lepiej. – szybkim krokiem podszedł do drzwi. Chciałam uśmiechnąć się delikatnie, ale za to wyszedł z tego niezrozumiały grymas.
- Wyglądasz jak widmo. Uśmiechnijże się! – nakazał mi Sam i uniósł jeden mój kącik ust do góry. Zaśmiałam się cicho i krótko.
- No i tak ma być. – mrugnął do mnie. Zaraz zrzedła mi mina. Jak miałam się rozluźnić, skoro Jake już mnie nie kochał? Westchnęłam głęboko. Sam spojrzał na mnie, jednak nie zdążył nic powiedzieć, bo drzwi otworzyły się niespodziewanie. Wyszedł z nich przystojny blondyn. Ubrany był w zwykły, ciemny sweter i spodnie. Wyglądał na jakieś góra 30 lat. Jego skóra, gładka, jak z jedwabiu, wydawała się być biała jak śnieg. A uroda? Nieopisana. Anioł. Nagle znowu poczułam się rozluźniona i nieco wesoła. Uśmiechnęłam się nieśmiało. To znowu był Jasper. Miałam już go dość! Chciałam być smutna i on nie miał nic do tego!
- Witaj, Samie! Kogóż mi przyprowadziłeś? – spojrzał na mnie badawczo, z serdecznym uśmiechem na ustach. Od razu jakoś zrobiło mi się lepiej na sercu. Ale to nie dzięki Jasperowi, a temu nieznanemu mi mężczyźnie.
- Witaj Carlisle. Mamy mały kłopot... Alice ma spuchniętą nogę. – wskazał na moją zgrubiałą łydkę. Blondyn spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Witaj Alice! Jestem Carlisle. Miło mi cię gościć w naszych progach. Wchodźcie, zaraz zajmiemy się nogą Alice. – uśmiechnęłam się tylko niemrawo, poczym w ramionach Sama wkroczyłam do domu wampirów.
Wszędzie pachniało tu słodkim aromatem kwiatów, cynamonu i innych różnych przypraw.
To zapewne był zapach wampirów. Ale czemu Sam tak się skrzywił czując ten zapach? Tak mało wiedziałam o wampirach i wilkołakach…
***
W domu mieli całkiem ładnie urządzone. Beż ścian komponował się z delikatnym różem wazonów, bielą mebli i czekoladowym dywanem. Powoli oswajałam się z zniewalająco pięknym zapachem wampirów i czułam się w ich towarzystwie lepiej niż poprzednio, co wcale nie było zasługą Jaspera.
Siedziałam na białej kanapie z nogą na miękkiej poduszce. Nad nią pochylał się Carlisle. Sam stał nieco z tyłu, rozmawiając z nim o różnych rzeczach, na przykład o sforze, o Edwardzie i Belli, o nowinkach medycznych, co mnie nie za bardzo interesowało. Więc skupiałam swoją uwagę na reszcie rodziny Cullenów.
Od razu gdy przeszłam próg domu, dopadła mnie cała w skowronkach, drobna istotka. Była nawet nieco mniejsza we wzroście ode mnie. Jak się okazało, była to Alice, moja imienniczka, partnerka Jaspera, mistera „kontroluję emocje”. Miała ciemne, nastroszone na wszystkie strony włosy, krótkie. Jej ciało przypominało sylwetkę baletnicy i tak też się poruszała. Z gracją, lekkością i tanecznym krokiem. Cała była taka wesoła, drobna, krucha i ciągle się uśmiechała. A jej głos? Melodyjny, dźwięczny. Była taka miła i gościnna jak na wampira! I jak się dowiedziałam, przewidywała przyszłość. Moją również. Oznajmiła innym członkom swojej rodziny o naszym przybyciu. Moim i Sama. Ciekawa też byłam, czy przewidziała moje rozstanie z Jacobem… Potrząsnęłam delikatnie głową, zatapiając się powrotem w myślach.
Był też owy Jasper. Wyglądał bardziej przerażająco niż Alice. Też miał postrzępione włosy, w odcieniu blond. I te oczy... Wciągające. Uśmiechał się delikatnie, ale nie tak spontanicznie jak Alice.
Dowiedziałam się, że jeszcze był Emmett i Rozalie, również para, ale aktualnie byli na polowaniu w górach. Zadrżałam, widząc przed sobą scenę jak dwoje wampirów rzuca się na rdzawobrązowego wilka... Mojego Jake’a, który nie był moim Jake’iem.
Westchnęłam cicho, patrząc na swoją nogę. Carlisle zdążył ją owinąć bandażem. Nie bolała aż tak bardzo, a to tylko dzięki jakiejś maści którą mężczyzna nałożył na moją łydkę. Spojrzeli razem z Samem na mnie.
- Boli cię? – spytał Carlisle, nadal uśmiechając się od ucha do ucha. Nagle Jasper podniósł wzrok, patrząc na mnie z uśmiechem. Leżeli razem z Alice u stóp schodów prowadzących na górę.
- Nie, nie. Dziękuję bardzo. Chyba muszę już wracać do domu. Charlie i Lindsay pewnie się martwią... - chrząknęłam cicho. Lindsay. Jak ja się z nią zmierzę? Nie dam rady. A ona pewnie o tym nie wie... Stąd takie dziwne zachowanie Jake’a rano.
- Tak, masz rację Alice. Powinniście już się zbierać. Zmierzch dawno zapadł. Pewnie niedługo wrócą Emmett, Rosalie i Esme. – Sam podszedł do mnie i spowrotem wziął mnie w gorące ramiona. No tak, jeszcze była Esme, partnerka Carlisle’a. Uśmiechnęłam się niemrawo do blondyna, Jaspera i Alice. Dziewczyna z wesołym uśmiechem na twarzy pomachała do mnie.
- Odwiedź nas jeszcze kiedyś! – zaświergotała.
- Pewnie. – uśmiechnęłam się delikatnie. – Do widzenia Carlisle. Na razie Alice i Jasper! – Sam też się pożegnał i wyszliśmy w ciemność.
Przez rodzinę Cullenów całkiem zapomniałam o Jacobie. I złamanym sercu. Nagle poczułam smutek i ból, jednak nim mrugnęłam uspokoiłam się zewnętrznie. Jasper! Warknęłam pod nosem i westchnęłam cicho. Czekała mnie jeszcze długa droga do domu. I konfrontacja z Lindsay. Moim wrogiem… Nie, nie była moim wrogiem. To nie jej wina, że Jacob się w niej wpoił.
Czułam się beznadziejnie. Nadal w to wszystko nie wierzyłam. Przymrużyłam oczy z bólem i cierpieniem. Byliśmy na tyle daleko od domu Cullenów, że nawet Jasper nic by tu nie zdziałał.
Musiałam się zatopić w śnie. Ale jak miałam to zrobić, skoro nadal miałam nadzieję, że to jeden wielki koszmar?
Musiałam się pogodzić ze swoim losem. Chociaż nie było mi łatwo.
Powoli przysypiałam, ale nie miałam siły. Moje myśli nie dawały mi spokoju. Krążyły po mej głowie jak jakieś widma. I ciągle przypominał mi się widok twarzy zranionego i skruszonego Jacoba. I wycie. Przerażające wycie. Zadrżałam delikatnie na całym ciele.
Jednak Sam odebrał to jako inny znak. Zacisnął swoje silne ramiona szerzej, myśląc, że jest mi zimno.
- Nie, nie jest mi zimno. Dzięki. – szepnęłam, uśmiechając się blado. Sam zerknął na mnie i potrząsnął głową, powracając do lustrowania zamyślonym wzrokiem drogi przed nami. Zauważyłam, że na jego twarzy panowało przerażenie.
Musiałam wyglądać okropnie z bladym uśmiechem.
Zaśmiałam się sarkastycznie pod nosem, a mężczyzna zerknął na mnie porozumiewawczo.
- Dziwię się, że tak dobrze to zniosłaś. – oznajmił, poczym pociągnął nosem i skrzywił się.
Zdziwiło mnie jego zachowanie, więc ja też pociągnęłam nosem. Nic takiego nie wyczułam. Tylko las.
- Tak? A mi się właśnie zdaje, że zemdlenie to chyba nie dobry znak, hm? – westchnęłam cicho. Chciałam być milsza, ale nie potrafiłam. Kipiało we mnie to smutkiem to złością. Na przemian.
- Jesteśmy. Wiesz... Cullenowie to nie jest taka zwykła rodzina. To... No, to są wampiry. – wyszeptał, zatrzymując się nagle przed ogromnym domem o ścianach-lustrach.
Jednak teraz nie zainteresował mnie wygląd owego nieznanego mi domu.
Wampiry?! No pewnie! Nieświadomie wskoczyłam do świata baśni.
Chrząknęłam cicho i przełknęłam ślinę. O ile było mi wiadomo, wampiry żywiły się krwią. Ludzką krwią...
Ale to tylko były moje przypuszczenia. Kiedyś oglądałam film o wampirach... Dracula? Albo coś w tym rodzaju.
- Wampiry? – wyjąkałam niezrozumiale, patrząc z przerażeniem w oczach na owy wielki dom. Czekałam na wyjaśnienia i nie zadawałam setki pytań, które krążyły po mojej głowie jak wcześniej wspomniane widma.
- Tak. Ale nie bój się. Piją krew zwierzęcą. Dlatego się z nimi zadajemy. Zawarliśmy pakt kilka lat temu. Nie wiem czy wiesz, ale Bella jest żoną Edwarda Cullena. Ona też jest wampirem. Charlie o tym nie wie, ale wie, że Bells jest inna. A oni teraz wyjechali, bodajże do znajomych do Irlandii. – widząc moją nadal przerażoną minę, zaśmiał się surowo. – Allie, nie martw się. Nic ci nie zrobią. Skoro nie boisz się wilkołaków, to też nie bój się wampirów. A! Powinnaś wiedzieć, że ich serca są zatrzymane, są cali bladzi, iskrzą się w słońcu, mają ostre kły, są nadnaturalnie szybcy i silni. Ale Culleni to całkiem przyjazna rodzina, więc na pewno cię polubią. – odetchnęłam ze świstem, oddychając swobodnie. Zdziwiło mnie to, bo nagle zrobiło mi się lepiej na sercu. Byłam rozluźniona.
Spojrzałam ze zmarszczonym czołem na Sama.
- Jasper. Jeden z adoptowanych dzieci Carlisle’a. Ma specjalny dar. Potrafi sterować emocjami innych. Wyczuł, że jesteś spięta i cię rozluźnił. Może to i lepiej. – szybkim krokiem podszedł do drzwi. Chciałam uśmiechnąć się delikatnie, ale za to wyszedł z tego niezrozumiały grymas.
- Wyglądasz jak widmo. Uśmiechnijże się! – nakazał mi Sam i uniósł jeden mój kącik ust do góry. Zaśmiałam się cicho i krótko.
- No i tak ma być. – mrugnął do mnie. Zaraz zrzedła mi mina. Jak miałam się rozluźnić, skoro Jake już mnie nie kochał? Westchnęłam głęboko. Sam spojrzał na mnie, jednak nie zdążył nic powiedzieć, bo drzwi otworzyły się niespodziewanie. Wyszedł z nich przystojny blondyn. Ubrany był w zwykły, ciemny sweter i spodnie. Wyglądał na jakieś góra 30 lat. Jego skóra, gładka, jak z jedwabiu, wydawała się być biała jak śnieg. A uroda? Nieopisana. Anioł. Nagle znowu poczułam się rozluźniona i nieco wesoła. Uśmiechnęłam się nieśmiało. To znowu był Jasper. Miałam już go dość! Chciałam być smutna i on nie miał nic do tego!
- Witaj, Samie! Kogóż mi przyprowadziłeś? – spojrzał na mnie badawczo, z serdecznym uśmiechem na ustach. Od razu jakoś zrobiło mi się lepiej na sercu. Ale to nie dzięki Jasperowi, a temu nieznanemu mi mężczyźnie.
- Witaj Carlisle. Mamy mały kłopot... Alice ma spuchniętą nogę. – wskazał na moją zgrubiałą łydkę. Blondyn spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Witaj Alice! Jestem Carlisle. Miło mi cię gościć w naszych progach. Wchodźcie, zaraz zajmiemy się nogą Alice. – uśmiechnęłam się tylko niemrawo, poczym w ramionach Sama wkroczyłam do domu wampirów.
Wszędzie pachniało tu słodkim aromatem kwiatów, cynamonu i innych różnych przypraw.
To zapewne był zapach wampirów. Ale czemu Sam tak się skrzywił czując ten zapach? Tak mało wiedziałam o wampirach i wilkołakach…
***
W domu mieli całkiem ładnie urządzone. Beż ścian komponował się z delikatnym różem wazonów, bielą mebli i czekoladowym dywanem. Powoli oswajałam się z zniewalająco pięknym zapachem wampirów i czułam się w ich towarzystwie lepiej niż poprzednio, co wcale nie było zasługą Jaspera.
Siedziałam na białej kanapie z nogą na miękkiej poduszce. Nad nią pochylał się Carlisle. Sam stał nieco z tyłu, rozmawiając z nim o różnych rzeczach, na przykład o sforze, o Edwardzie i Belli, o nowinkach medycznych, co mnie nie za bardzo interesowało. Więc skupiałam swoją uwagę na reszcie rodziny Cullenów.
Od razu gdy przeszłam próg domu, dopadła mnie cała w skowronkach, drobna istotka. Była nawet nieco mniejsza we wzroście ode mnie. Jak się okazało, była to Alice, moja imienniczka, partnerka Jaspera, mistera „kontroluję emocje”. Miała ciemne, nastroszone na wszystkie strony włosy, krótkie. Jej ciało przypominało sylwetkę baletnicy i tak też się poruszała. Z gracją, lekkością i tanecznym krokiem. Cała była taka wesoła, drobna, krucha i ciągle się uśmiechała. A jej głos? Melodyjny, dźwięczny. Była taka miła i gościnna jak na wampira! I jak się dowiedziałam, przewidywała przyszłość. Moją również. Oznajmiła innym członkom swojej rodziny o naszym przybyciu. Moim i Sama. Ciekawa też byłam, czy przewidziała moje rozstanie z Jacobem… Potrząsnęłam delikatnie głową, zatapiając się powrotem w myślach.
Był też owy Jasper. Wyglądał bardziej przerażająco niż Alice. Też miał postrzępione włosy, w odcieniu blond. I te oczy... Wciągające. Uśmiechał się delikatnie, ale nie tak spontanicznie jak Alice.
Dowiedziałam się, że jeszcze był Emmett i Rozalie, również para, ale aktualnie byli na polowaniu w górach. Zadrżałam, widząc przed sobą scenę jak dwoje wampirów rzuca się na rdzawobrązowego wilka... Mojego Jake’a, który nie był moim Jake’iem.
Westchnęłam cicho, patrząc na swoją nogę. Carlisle zdążył ją owinąć bandażem. Nie bolała aż tak bardzo, a to tylko dzięki jakiejś maści którą mężczyzna nałożył na moją łydkę. Spojrzeli razem z Samem na mnie.
- Boli cię? – spytał Carlisle, nadal uśmiechając się od ucha do ucha. Nagle Jasper podniósł wzrok, patrząc na mnie z uśmiechem. Leżeli razem z Alice u stóp schodów prowadzących na górę.
- Nie, nie. Dziękuję bardzo. Chyba muszę już wracać do domu. Charlie i Lindsay pewnie się martwią... - chrząknęłam cicho. Lindsay. Jak ja się z nią zmierzę? Nie dam rady. A ona pewnie o tym nie wie... Stąd takie dziwne zachowanie Jake’a rano.
- Tak, masz rację Alice. Powinniście już się zbierać. Zmierzch dawno zapadł. Pewnie niedługo wrócą Emmett, Rosalie i Esme. – Sam podszedł do mnie i spowrotem wziął mnie w gorące ramiona. No tak, jeszcze była Esme, partnerka Carlisle’a. Uśmiechnęłam się niemrawo do blondyna, Jaspera i Alice. Dziewczyna z wesołym uśmiechem na twarzy pomachała do mnie.
- Odwiedź nas jeszcze kiedyś! – zaświergotała.
- Pewnie. – uśmiechnęłam się delikatnie. – Do widzenia Carlisle. Na razie Alice i Jasper! – Sam też się pożegnał i wyszliśmy w ciemność.
Przez rodzinę Cullenów całkiem zapomniałam o Jacobie. I złamanym sercu. Nagle poczułam smutek i ból, jednak nim mrugnęłam uspokoiłam się zewnętrznie. Jasper! Warknęłam pod nosem i westchnęłam cicho. Czekała mnie jeszcze długa droga do domu. I konfrontacja z Lindsay. Moim wrogiem… Nie, nie była moim wrogiem. To nie jej wina, że Jacob się w niej wpoił.
Czułam się beznadziejnie. Nadal w to wszystko nie wierzyłam. Przymrużyłam oczy z bólem i cierpieniem. Byliśmy na tyle daleko od domu Cullenów, że nawet Jasper nic by tu nie zdziałał.
Musiałam się zatopić w śnie. Ale jak miałam to zrobić, skoro nadal miałam nadzieję, że to jeden wielki koszmar?
Musiałam się pogodzić ze swoim losem. Chociaż nie było mi łatwo.
Rozdział 13.
Znowu koszmar. Ale ten chyba był prawdą. Przynajmniej tak mi się zdawało, czego do siebie nie dopuszczałam. Nie, nie, uspokajałam się w myślach, nic złego się nie dzieje. Zaraz znowu się wybudzisz.
Tak, pewnie, chciałoby się.
Od kiedy w moich snach Jake rozmawiał z Samem i to w dodatku na temat wpojenia mojej własnej, rodzonej siostry Lindy przez Jacoba!? Boże, najgorszy z najgorszych koszmarów!
Dziwnie było mi w tej chwili. Czułam na plecach mokre i wbijające się nieco w skórę podłoże. Co to miało być? Na pewno nie miękki dywanik w moim pokoju lub prześcieradło w łóżku. I jeszcze ten zapach... Trawa, mokra od świeżego deszczu. I coś jeszcze...Zapach lasu. Wszystko wskazywało na to, że to jednak nie był sen.
Kurczę!
- Alice?! Nie wygłupiaj się. Wiemy, że tam jesteś. Nie możesz nas opuścić, błagam… - ktoś szeptał bez opamiętania. Że co? Mam umrzeć? Niby jak? Aaa, no tak. W końcu zemdlałam. Bo usłyszałam, że...
- Alice! – krzyknął głośniej spanikowany i ochrypły głos. Jacob. Poznałabym jego charakterystyczny baryton na kilka kilometrów.
Nie miałam sensu wstawać. Bo przecież on mnie już nie kochał. Znowu wygrała Lindsay. Znowu ona zdobyła chłopaka. I to takiego, którego naprawdę pokochałam. A dzisiaj rano zachowywała się tak niewinnie, tak śmiała się z jego wizyty jakby nic się nie stało.
Zagadka rozwiązana. Wszystko przez jakieś wpojenie. Nawet nie wiedziałam, co to jest. Ale uświadomiłam sobie jedno – że Jake już mnie nie kocha, bo zakochał się w Lindsay.
Musiałam wziąć się w garść, ale nie mogłam. Albo nie chciałam. Było mi wszystko jedno.
- Alice, proszę cię… Zrób to dla mnie. – wyszeptał drżącym głosem Jacob.
Spadaj, prychnęłam w myślach, leć do Lindy.
- Jake, opanuj się. Płakanie i rozczulanie się nad nią nic nie da. Ona żyje. Oddycha. Może nawet jest przytomna, ale lekko zamroczona. Uderzyła się mocno w głowę i ma spuchniętą nogę. Właśnie, mógłbyś lecieć po doktora Carlisle’a. Albo… Albo może lepiej jeszcze nie. Ona nic nie wie o Cullenach. Nie możemy jej jeszcze zawracać głowy tym. – wyjaśnił spokojny, opanowany głos. Sam. Jak zwykle spokój ducha.
Culleni? Kto to? No tak, kolejna tajemnica. Musiałam wytrzymać.
Spuchnięta noga? Sprawdziłam, czy coś mnie boli. Nagle syknęłam cicho z bólu. Tak, bolała mnie prawa łydka. Ból ciągnął niemiłosiernie.
Dobra, poddaję się. Odezwę się aby uniknąć bólu.
Zamrugałam niespokojnie ociężałymi powiekami i zaraz je zmrużyłam. Dopadło mnie jasne światło przytłumione jakąś śniadą sylwetką, która nachylała się nade mną.
- Hej… Noga… - wychrypiałam. Zmarszczyłam ledwo widocznie czoło. Czemu miałam taki głos? Dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę, że pewnie przez ten płacz. Cholera… jeszcze wyjdę na jakąś samobójczynię.
Zabiła się przez chłopaka-wilkołaka, który wpoił się w jej siostrze.
Dobry nagłówek gazety „Newsy Wilkołaków”.
Prychnęłam pod nosem.
- Alice! – krzyknął Jake, nadal nieco ochrypłym i drżącym głosem. Płakał. Po co? Przecież ja już się nie liczyłam.
Kręgosłup mnie nie bolał, kręg szyjny też i nic oprócz prawej łydki również. Postanowiłam wstać, aby sobie to wszystko poukładać.
Ułożyłam dłonie na mokrej trawie i podciągnęłam się do pozycji siedzącej. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami, poczym przetarłam je wierzchem dłoni, nieco dziecinnie.
Po prawej siedział Sam, a raczej kucał, jakby przyczajony do skoku. Spokój na jego twarzy przyprawiał mnie o ciarki.
Po mojej lewej ujrzałam Jacoba. Nadal się nade mną nachylał. Dopiero teraz zorientowałam się, że to jego śniada sylwetka przysłaniała mi światło. Zerknęłam zagubionym i zlęknionym wzrokiem na jego oblicze. Oczy miał sine, czerwone od płaczu. Przetarł je szybko, mając nadzieję, że tego nie zauważyłam. Miałam wielką chęć uśmiechnąć się triumfalnie, że jednak pierwszy raz jestem od niego szybsza.
- Alice, ja.. – zaczął, chrząkając znacznie. Chciał się pozbyć owej „płaczowej chrypki”.
Odetchnęłam głęboko, czując, jak powietrze wypełnia mnie całą aż po palce u stóp.
- Nie, nic nie mów. Wszystko słyszałam. Wszystko, co powinnam wiedzieć. – szepnęłam, przełykając ślinę. O dziwo moja chrypka też przeszła. Westchnęłam cicho i z niechęcią zerknęłam na swoją łydkę. Racja, była sina. I wydawało mi się, że w pewnym miejscu pulsowała.
- Sam, zaniesiesz mnie do jakiegoś lekarza? O ile mogę liczyć na twoją pomoc. Jak nie, to pójdę sama. – starałam się być oschła i nie zwracać uwagi na Jacoba. W końcu, ja już się dla niego nie liczyłam. Byłam tylko pustą lalką. Jak we wcześniejszym śnie.
Jednak Jake nie odpuszczał. Złapał mnie za ramiona i nakazał spojrzeć mi prosto w jego oczy.
- Alice! Ty nic nie rozumiesz! Ja tego nie wybierałem! To samo się stało. Ja.. ja nie chciałem. Nie musisz od razu mnie nienawidzić, chociaż cię rozumiem. Powinienem był powiedzieć ci wcześniej o wpojeniu…- westchnął głęboko, zezując w bok.
Zebrało mi się na płacz. Chrząknęłam cicho i pokiwałam głową.
- Dobrze, nie obwiniaj się. Zawsze tak było, że Lindy miała chłopaka a ja nie. Zawsze. Teraz też tak musiało się stać. Tylko szkoda, że najbardziej ucierpiałam ja. – szepnęłam twardym i oschłym tonem, nie chcąc na niego spojrzeć. Kochałam go całym sercem, ale co mi z tego? Był wpojony. Nie miałam nic do gadania. Musiał oddać się Lindsay, a ja miałam patrzeć na ich chorą miłość dzień w dzień.
Jacob łapał się ostatniej deski ratunku, chcąc jakoś mnie udobruchać. Lub coś w tym rodzaju.
- Alie… Błagam cię… Nie kończmy tak tego. – szeptał, obserwując mnie uważnie.
Nie zwracałam na to uwagi, jednak moje serce pękało z każdą sekundą. Czułam, jak pozostaje z niego tylko pył.
- Sam, pomożesz mi? – ponowiłam pytanie. Miałam tego dość. Chciałam po prostu się obudzić. Przygryzłam wargę, oddychając szybciej niż powinnam.
- Nie! Alice! – Jake ratował się jak mógł. Na próżno.
- Dobrze, Alie. – szepnął zdruzgotany i smutny Indianin, łapiąc mnie w talii i podnosząc do góry. Po chwili znalazłam się w jego gorących ramionach.
- Sam! Alice! Poczekajcie, nie! Ja cię zaniosę! – Jacob nie ruszał się z miejsca, ale nadal próbował coś zdziałać. A każde jego słowo, jego jęk rozpaczy ranił mnie jak sztylet.
Wiedziałam, że jestem masochistką, ale spojrzałam w jego smutne i pełne bólu oczy.
- Kocham cię. I nigdy nie przestanę. – wyszeptałam i zagryzłam mocniej wargę. Oddalaliśmy się od biednego Indianina, ponieważ Sam przyspieszył.
- Dzięki. – szepnęłam, ocierając policzki od dziwnej, przeźroczystej mazi.
- Przykro mi. – chrząknął, patrząc ciągle przed siebie. Pokręciłam głową i spuściłam wzrok.
Po chwili usłyszałam wycie. Przeraźliwe, pełne bólu i smutku.
Miłość to jedno wielkie gówno. Dopiero teraz się o tym przekonałam.
Tak, pewnie, chciałoby się.
Od kiedy w moich snach Jake rozmawiał z Samem i to w dodatku na temat wpojenia mojej własnej, rodzonej siostry Lindy przez Jacoba!? Boże, najgorszy z najgorszych koszmarów!
Dziwnie było mi w tej chwili. Czułam na plecach mokre i wbijające się nieco w skórę podłoże. Co to miało być? Na pewno nie miękki dywanik w moim pokoju lub prześcieradło w łóżku. I jeszcze ten zapach... Trawa, mokra od świeżego deszczu. I coś jeszcze...Zapach lasu. Wszystko wskazywało na to, że to jednak nie był sen.
Kurczę!
- Alice?! Nie wygłupiaj się. Wiemy, że tam jesteś. Nie możesz nas opuścić, błagam… - ktoś szeptał bez opamiętania. Że co? Mam umrzeć? Niby jak? Aaa, no tak. W końcu zemdlałam. Bo usłyszałam, że...
- Alice! – krzyknął głośniej spanikowany i ochrypły głos. Jacob. Poznałabym jego charakterystyczny baryton na kilka kilometrów.
Nie miałam sensu wstawać. Bo przecież on mnie już nie kochał. Znowu wygrała Lindsay. Znowu ona zdobyła chłopaka. I to takiego, którego naprawdę pokochałam. A dzisiaj rano zachowywała się tak niewinnie, tak śmiała się z jego wizyty jakby nic się nie stało.
Zagadka rozwiązana. Wszystko przez jakieś wpojenie. Nawet nie wiedziałam, co to jest. Ale uświadomiłam sobie jedno – że Jake już mnie nie kocha, bo zakochał się w Lindsay.
Musiałam wziąć się w garść, ale nie mogłam. Albo nie chciałam. Było mi wszystko jedno.
- Alice, proszę cię… Zrób to dla mnie. – wyszeptał drżącym głosem Jacob.
Spadaj, prychnęłam w myślach, leć do Lindy.
- Jake, opanuj się. Płakanie i rozczulanie się nad nią nic nie da. Ona żyje. Oddycha. Może nawet jest przytomna, ale lekko zamroczona. Uderzyła się mocno w głowę i ma spuchniętą nogę. Właśnie, mógłbyś lecieć po doktora Carlisle’a. Albo… Albo może lepiej jeszcze nie. Ona nic nie wie o Cullenach. Nie możemy jej jeszcze zawracać głowy tym. – wyjaśnił spokojny, opanowany głos. Sam. Jak zwykle spokój ducha.
Culleni? Kto to? No tak, kolejna tajemnica. Musiałam wytrzymać.
Spuchnięta noga? Sprawdziłam, czy coś mnie boli. Nagle syknęłam cicho z bólu. Tak, bolała mnie prawa łydka. Ból ciągnął niemiłosiernie.
Dobra, poddaję się. Odezwę się aby uniknąć bólu.
Zamrugałam niespokojnie ociężałymi powiekami i zaraz je zmrużyłam. Dopadło mnie jasne światło przytłumione jakąś śniadą sylwetką, która nachylała się nade mną.
- Hej… Noga… - wychrypiałam. Zmarszczyłam ledwo widocznie czoło. Czemu miałam taki głos? Dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę, że pewnie przez ten płacz. Cholera… jeszcze wyjdę na jakąś samobójczynię.
Zabiła się przez chłopaka-wilkołaka, który wpoił się w jej siostrze.
Dobry nagłówek gazety „Newsy Wilkołaków”.
Prychnęłam pod nosem.
- Alice! – krzyknął Jake, nadal nieco ochrypłym i drżącym głosem. Płakał. Po co? Przecież ja już się nie liczyłam.
Kręgosłup mnie nie bolał, kręg szyjny też i nic oprócz prawej łydki również. Postanowiłam wstać, aby sobie to wszystko poukładać.
Ułożyłam dłonie na mokrej trawie i podciągnęłam się do pozycji siedzącej. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami, poczym przetarłam je wierzchem dłoni, nieco dziecinnie.
Po prawej siedział Sam, a raczej kucał, jakby przyczajony do skoku. Spokój na jego twarzy przyprawiał mnie o ciarki.
Po mojej lewej ujrzałam Jacoba. Nadal się nade mną nachylał. Dopiero teraz zorientowałam się, że to jego śniada sylwetka przysłaniała mi światło. Zerknęłam zagubionym i zlęknionym wzrokiem na jego oblicze. Oczy miał sine, czerwone od płaczu. Przetarł je szybko, mając nadzieję, że tego nie zauważyłam. Miałam wielką chęć uśmiechnąć się triumfalnie, że jednak pierwszy raz jestem od niego szybsza.
- Alice, ja.. – zaczął, chrząkając znacznie. Chciał się pozbyć owej „płaczowej chrypki”.
Odetchnęłam głęboko, czując, jak powietrze wypełnia mnie całą aż po palce u stóp.
- Nie, nic nie mów. Wszystko słyszałam. Wszystko, co powinnam wiedzieć. – szepnęłam, przełykając ślinę. O dziwo moja chrypka też przeszła. Westchnęłam cicho i z niechęcią zerknęłam na swoją łydkę. Racja, była sina. I wydawało mi się, że w pewnym miejscu pulsowała.
- Sam, zaniesiesz mnie do jakiegoś lekarza? O ile mogę liczyć na twoją pomoc. Jak nie, to pójdę sama. – starałam się być oschła i nie zwracać uwagi na Jacoba. W końcu, ja już się dla niego nie liczyłam. Byłam tylko pustą lalką. Jak we wcześniejszym śnie.
Jednak Jake nie odpuszczał. Złapał mnie za ramiona i nakazał spojrzeć mi prosto w jego oczy.
- Alice! Ty nic nie rozumiesz! Ja tego nie wybierałem! To samo się stało. Ja.. ja nie chciałem. Nie musisz od razu mnie nienawidzić, chociaż cię rozumiem. Powinienem był powiedzieć ci wcześniej o wpojeniu…- westchnął głęboko, zezując w bok.
Zebrało mi się na płacz. Chrząknęłam cicho i pokiwałam głową.
- Dobrze, nie obwiniaj się. Zawsze tak było, że Lindy miała chłopaka a ja nie. Zawsze. Teraz też tak musiało się stać. Tylko szkoda, że najbardziej ucierpiałam ja. – szepnęłam twardym i oschłym tonem, nie chcąc na niego spojrzeć. Kochałam go całym sercem, ale co mi z tego? Był wpojony. Nie miałam nic do gadania. Musiał oddać się Lindsay, a ja miałam patrzeć na ich chorą miłość dzień w dzień.
Jacob łapał się ostatniej deski ratunku, chcąc jakoś mnie udobruchać. Lub coś w tym rodzaju.
- Alie… Błagam cię… Nie kończmy tak tego. – szeptał, obserwując mnie uważnie.
Nie zwracałam na to uwagi, jednak moje serce pękało z każdą sekundą. Czułam, jak pozostaje z niego tylko pył.
- Sam, pomożesz mi? – ponowiłam pytanie. Miałam tego dość. Chciałam po prostu się obudzić. Przygryzłam wargę, oddychając szybciej niż powinnam.
- Nie! Alice! – Jake ratował się jak mógł. Na próżno.
- Dobrze, Alie. – szepnął zdruzgotany i smutny Indianin, łapiąc mnie w talii i podnosząc do góry. Po chwili znalazłam się w jego gorących ramionach.
- Sam! Alice! Poczekajcie, nie! Ja cię zaniosę! – Jacob nie ruszał się z miejsca, ale nadal próbował coś zdziałać. A każde jego słowo, jego jęk rozpaczy ranił mnie jak sztylet.
Wiedziałam, że jestem masochistką, ale spojrzałam w jego smutne i pełne bólu oczy.
- Kocham cię. I nigdy nie przestanę. – wyszeptałam i zagryzłam mocniej wargę. Oddalaliśmy się od biednego Indianina, ponieważ Sam przyspieszył.
- Dzięki. – szepnęłam, ocierając policzki od dziwnej, przeźroczystej mazi.
- Przykro mi. – chrząknął, patrząc ciągle przed siebie. Pokręciłam głową i spuściłam wzrok.
Po chwili usłyszałam wycie. Przeraźliwe, pełne bólu i smutku.
Miłość to jedno wielkie gówno. Dopiero teraz się o tym przekonałam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)