Znowu koszmar. Ale ten chyba był prawdą. Przynajmniej tak mi się zdawało, czego do siebie nie dopuszczałam. Nie, nie, uspokajałam się w myślach, nic złego się nie dzieje. Zaraz znowu się wybudzisz.
Tak, pewnie, chciałoby się.
Od kiedy w moich snach Jake rozmawiał z Samem i to w dodatku na temat wpojenia mojej własnej, rodzonej siostry Lindy przez Jacoba!? Boże, najgorszy z najgorszych koszmarów!
Dziwnie było mi w tej chwili. Czułam na plecach mokre i wbijające się nieco w skórę podłoże. Co to miało być? Na pewno nie miękki dywanik w moim pokoju lub prześcieradło w łóżku. I jeszcze ten zapach... Trawa, mokra od świeżego deszczu. I coś jeszcze...Zapach lasu. Wszystko wskazywało na to, że to jednak nie był sen.
Kurczę!
- Alice?! Nie wygłupiaj się. Wiemy, że tam jesteś. Nie możesz nas opuścić, błagam… - ktoś szeptał bez opamiętania. Że co? Mam umrzeć? Niby jak? Aaa, no tak. W końcu zemdlałam. Bo usłyszałam, że...
- Alice! – krzyknął głośniej spanikowany i ochrypły głos. Jacob. Poznałabym jego charakterystyczny baryton na kilka kilometrów.
Nie miałam sensu wstawać. Bo przecież on mnie już nie kochał. Znowu wygrała Lindsay. Znowu ona zdobyła chłopaka. I to takiego, którego naprawdę pokochałam. A dzisiaj rano zachowywała się tak niewinnie, tak śmiała się z jego wizyty jakby nic się nie stało.
Zagadka rozwiązana. Wszystko przez jakieś wpojenie. Nawet nie wiedziałam, co to jest. Ale uświadomiłam sobie jedno – że Jake już mnie nie kocha, bo zakochał się w Lindsay.
Musiałam wziąć się w garść, ale nie mogłam. Albo nie chciałam. Było mi wszystko jedno.
- Alice, proszę cię… Zrób to dla mnie. – wyszeptał drżącym głosem Jacob.
Spadaj, prychnęłam w myślach, leć do Lindy.
- Jake, opanuj się. Płakanie i rozczulanie się nad nią nic nie da. Ona żyje. Oddycha. Może nawet jest przytomna, ale lekko zamroczona. Uderzyła się mocno w głowę i ma spuchniętą nogę. Właśnie, mógłbyś lecieć po doktora Carlisle’a. Albo… Albo może lepiej jeszcze nie. Ona nic nie wie o Cullenach. Nie możemy jej jeszcze zawracać głowy tym. – wyjaśnił spokojny, opanowany głos. Sam. Jak zwykle spokój ducha.
Culleni? Kto to? No tak, kolejna tajemnica. Musiałam wytrzymać.
Spuchnięta noga? Sprawdziłam, czy coś mnie boli. Nagle syknęłam cicho z bólu. Tak, bolała mnie prawa łydka. Ból ciągnął niemiłosiernie.
Dobra, poddaję się. Odezwę się aby uniknąć bólu.
Zamrugałam niespokojnie ociężałymi powiekami i zaraz je zmrużyłam. Dopadło mnie jasne światło przytłumione jakąś śniadą sylwetką, która nachylała się nade mną.
- Hej… Noga… - wychrypiałam. Zmarszczyłam ledwo widocznie czoło. Czemu miałam taki głos? Dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę, że pewnie przez ten płacz. Cholera… jeszcze wyjdę na jakąś samobójczynię.
Zabiła się przez chłopaka-wilkołaka, który wpoił się w jej siostrze.
Dobry nagłówek gazety „Newsy Wilkołaków”.
Prychnęłam pod nosem.
- Alice! – krzyknął Jake, nadal nieco ochrypłym i drżącym głosem. Płakał. Po co? Przecież ja już się nie liczyłam.
Kręgosłup mnie nie bolał, kręg szyjny też i nic oprócz prawej łydki również. Postanowiłam wstać, aby sobie to wszystko poukładać.
Ułożyłam dłonie na mokrej trawie i podciągnęłam się do pozycji siedzącej. Zamrugałam kilkakrotnie powiekami, poczym przetarłam je wierzchem dłoni, nieco dziecinnie.
Po prawej siedział Sam, a raczej kucał, jakby przyczajony do skoku. Spokój na jego twarzy przyprawiał mnie o ciarki.
Po mojej lewej ujrzałam Jacoba. Nadal się nade mną nachylał. Dopiero teraz zorientowałam się, że to jego śniada sylwetka przysłaniała mi światło. Zerknęłam zagubionym i zlęknionym wzrokiem na jego oblicze. Oczy miał sine, czerwone od płaczu. Przetarł je szybko, mając nadzieję, że tego nie zauważyłam. Miałam wielką chęć uśmiechnąć się triumfalnie, że jednak pierwszy raz jestem od niego szybsza.
- Alice, ja.. – zaczął, chrząkając znacznie. Chciał się pozbyć owej „płaczowej chrypki”.
Odetchnęłam głęboko, czując, jak powietrze wypełnia mnie całą aż po palce u stóp.
- Nie, nic nie mów. Wszystko słyszałam. Wszystko, co powinnam wiedzieć. – szepnęłam, przełykając ślinę. O dziwo moja chrypka też przeszła. Westchnęłam cicho i z niechęcią zerknęłam na swoją łydkę. Racja, była sina. I wydawało mi się, że w pewnym miejscu pulsowała.
- Sam, zaniesiesz mnie do jakiegoś lekarza? O ile mogę liczyć na twoją pomoc. Jak nie, to pójdę sama. – starałam się być oschła i nie zwracać uwagi na Jacoba. W końcu, ja już się dla niego nie liczyłam. Byłam tylko pustą lalką. Jak we wcześniejszym śnie.
Jednak Jake nie odpuszczał. Złapał mnie za ramiona i nakazał spojrzeć mi prosto w jego oczy.
- Alice! Ty nic nie rozumiesz! Ja tego nie wybierałem! To samo się stało. Ja.. ja nie chciałem. Nie musisz od razu mnie nienawidzić, chociaż cię rozumiem. Powinienem był powiedzieć ci wcześniej o wpojeniu…- westchnął głęboko, zezując w bok.
Zebrało mi się na płacz. Chrząknęłam cicho i pokiwałam głową.
- Dobrze, nie obwiniaj się. Zawsze tak było, że Lindy miała chłopaka a ja nie. Zawsze. Teraz też tak musiało się stać. Tylko szkoda, że najbardziej ucierpiałam ja. – szepnęłam twardym i oschłym tonem, nie chcąc na niego spojrzeć. Kochałam go całym sercem, ale co mi z tego? Był wpojony. Nie miałam nic do gadania. Musiał oddać się Lindsay, a ja miałam patrzeć na ich chorą miłość dzień w dzień.
Jacob łapał się ostatniej deski ratunku, chcąc jakoś mnie udobruchać. Lub coś w tym rodzaju.
- Alie… Błagam cię… Nie kończmy tak tego. – szeptał, obserwując mnie uważnie.
Nie zwracałam na to uwagi, jednak moje serce pękało z każdą sekundą. Czułam, jak pozostaje z niego tylko pył.
- Sam, pomożesz mi? – ponowiłam pytanie. Miałam tego dość. Chciałam po prostu się obudzić. Przygryzłam wargę, oddychając szybciej niż powinnam.
- Nie! Alice! – Jake ratował się jak mógł. Na próżno.
- Dobrze, Alie. – szepnął zdruzgotany i smutny Indianin, łapiąc mnie w talii i podnosząc do góry. Po chwili znalazłam się w jego gorących ramionach.
- Sam! Alice! Poczekajcie, nie! Ja cię zaniosę! – Jacob nie ruszał się z miejsca, ale nadal próbował coś zdziałać. A każde jego słowo, jego jęk rozpaczy ranił mnie jak sztylet.
Wiedziałam, że jestem masochistką, ale spojrzałam w jego smutne i pełne bólu oczy.
- Kocham cię. I nigdy nie przestanę. – wyszeptałam i zagryzłam mocniej wargę. Oddalaliśmy się od biednego Indianina, ponieważ Sam przyspieszył.
- Dzięki. – szepnęłam, ocierając policzki od dziwnej, przeźroczystej mazi.
- Przykro mi. – chrząknął, patrząc ciągle przed siebie. Pokręciłam głową i spuściłam wzrok.
Po chwili usłyszałam wycie. Przeraźliwe, pełne bólu i smutku.
Miłość to jedno wielkie gówno. Dopiero teraz się o tym przekonałam.
5 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz