- Nie martw się, niedługo będziemy u doktora Cullena. – wyszeptał opanowany Sam, patrząc na drogę przed siebie w zadumie.
Powoli przysypiałam, ale nie miałam siły. Moje myśli nie dawały mi spokoju. Krążyły po mej głowie jak jakieś widma. I ciągle przypominał mi się widok twarzy zranionego i skruszonego Jacoba. I wycie. Przerażające wycie. Zadrżałam delikatnie na całym ciele.
Jednak Sam odebrał to jako inny znak. Zacisnął swoje silne ramiona szerzej, myśląc, że jest mi zimno.
- Nie, nie jest mi zimno. Dzięki. – szepnęłam, uśmiechając się blado. Sam zerknął na mnie i potrząsnął głową, powracając do lustrowania zamyślonym wzrokiem drogi przed nami. Zauważyłam, że na jego twarzy panowało przerażenie.
Musiałam wyglądać okropnie z bladym uśmiechem.
Zaśmiałam się sarkastycznie pod nosem, a mężczyzna zerknął na mnie porozumiewawczo.
- Dziwię się, że tak dobrze to zniosłaś. – oznajmił, poczym pociągnął nosem i skrzywił się.
Zdziwiło mnie jego zachowanie, więc ja też pociągnęłam nosem. Nic takiego nie wyczułam. Tylko las.
- Tak? A mi się właśnie zdaje, że zemdlenie to chyba nie dobry znak, hm? – westchnęłam cicho. Chciałam być milsza, ale nie potrafiłam. Kipiało we mnie to smutkiem to złością. Na przemian.
- Jesteśmy. Wiesz... Cullenowie to nie jest taka zwykła rodzina. To... No, to są wampiry. – wyszeptał, zatrzymując się nagle przed ogromnym domem o ścianach-lustrach.
Jednak teraz nie zainteresował mnie wygląd owego nieznanego mi domu.
Wampiry?! No pewnie! Nieświadomie wskoczyłam do świata baśni.
Chrząknęłam cicho i przełknęłam ślinę. O ile było mi wiadomo, wampiry żywiły się krwią. Ludzką krwią...
Ale to tylko były moje przypuszczenia. Kiedyś oglądałam film o wampirach... Dracula? Albo coś w tym rodzaju.
- Wampiry? – wyjąkałam niezrozumiale, patrząc z przerażeniem w oczach na owy wielki dom. Czekałam na wyjaśnienia i nie zadawałam setki pytań, które krążyły po mojej głowie jak wcześniej wspomniane widma.
- Tak. Ale nie bój się. Piją krew zwierzęcą. Dlatego się z nimi zadajemy. Zawarliśmy pakt kilka lat temu. Nie wiem czy wiesz, ale Bella jest żoną Edwarda Cullena. Ona też jest wampirem. Charlie o tym nie wie, ale wie, że Bells jest inna. A oni teraz wyjechali, bodajże do znajomych do Irlandii. – widząc moją nadal przerażoną minę, zaśmiał się surowo. – Allie, nie martw się. Nic ci nie zrobią. Skoro nie boisz się wilkołaków, to też nie bój się wampirów. A! Powinnaś wiedzieć, że ich serca są zatrzymane, są cali bladzi, iskrzą się w słońcu, mają ostre kły, są nadnaturalnie szybcy i silni. Ale Culleni to całkiem przyjazna rodzina, więc na pewno cię polubią. – odetchnęłam ze świstem, oddychając swobodnie. Zdziwiło mnie to, bo nagle zrobiło mi się lepiej na sercu. Byłam rozluźniona.
Spojrzałam ze zmarszczonym czołem na Sama.
- Jasper. Jeden z adoptowanych dzieci Carlisle’a. Ma specjalny dar. Potrafi sterować emocjami innych. Wyczuł, że jesteś spięta i cię rozluźnił. Może to i lepiej. – szybkim krokiem podszedł do drzwi. Chciałam uśmiechnąć się delikatnie, ale za to wyszedł z tego niezrozumiały grymas.
- Wyglądasz jak widmo. Uśmiechnijże się! – nakazał mi Sam i uniósł jeden mój kącik ust do góry. Zaśmiałam się cicho i krótko.
- No i tak ma być. – mrugnął do mnie. Zaraz zrzedła mi mina. Jak miałam się rozluźnić, skoro Jake już mnie nie kochał? Westchnęłam głęboko. Sam spojrzał na mnie, jednak nie zdążył nic powiedzieć, bo drzwi otworzyły się niespodziewanie. Wyszedł z nich przystojny blondyn. Ubrany był w zwykły, ciemny sweter i spodnie. Wyglądał na jakieś góra 30 lat. Jego skóra, gładka, jak z jedwabiu, wydawała się być biała jak śnieg. A uroda? Nieopisana. Anioł. Nagle znowu poczułam się rozluźniona i nieco wesoła. Uśmiechnęłam się nieśmiało. To znowu był Jasper. Miałam już go dość! Chciałam być smutna i on nie miał nic do tego!
- Witaj, Samie! Kogóż mi przyprowadziłeś? – spojrzał na mnie badawczo, z serdecznym uśmiechem na ustach. Od razu jakoś zrobiło mi się lepiej na sercu. Ale to nie dzięki Jasperowi, a temu nieznanemu mi mężczyźnie.
- Witaj Carlisle. Mamy mały kłopot... Alice ma spuchniętą nogę. – wskazał na moją zgrubiałą łydkę. Blondyn spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Witaj Alice! Jestem Carlisle. Miło mi cię gościć w naszych progach. Wchodźcie, zaraz zajmiemy się nogą Alice. – uśmiechnęłam się tylko niemrawo, poczym w ramionach Sama wkroczyłam do domu wampirów.
Wszędzie pachniało tu słodkim aromatem kwiatów, cynamonu i innych różnych przypraw.
To zapewne był zapach wampirów. Ale czemu Sam tak się skrzywił czując ten zapach? Tak mało wiedziałam o wampirach i wilkołakach…
***
W domu mieli całkiem ładnie urządzone. Beż ścian komponował się z delikatnym różem wazonów, bielą mebli i czekoladowym dywanem. Powoli oswajałam się z zniewalająco pięknym zapachem wampirów i czułam się w ich towarzystwie lepiej niż poprzednio, co wcale nie było zasługą Jaspera.
Siedziałam na białej kanapie z nogą na miękkiej poduszce. Nad nią pochylał się Carlisle. Sam stał nieco z tyłu, rozmawiając z nim o różnych rzeczach, na przykład o sforze, o Edwardzie i Belli, o nowinkach medycznych, co mnie nie za bardzo interesowało. Więc skupiałam swoją uwagę na reszcie rodziny Cullenów.
Od razu gdy przeszłam próg domu, dopadła mnie cała w skowronkach, drobna istotka. Była nawet nieco mniejsza we wzroście ode mnie. Jak się okazało, była to Alice, moja imienniczka, partnerka Jaspera, mistera „kontroluję emocje”. Miała ciemne, nastroszone na wszystkie strony włosy, krótkie. Jej ciało przypominało sylwetkę baletnicy i tak też się poruszała. Z gracją, lekkością i tanecznym krokiem. Cała była taka wesoła, drobna, krucha i ciągle się uśmiechała. A jej głos? Melodyjny, dźwięczny. Była taka miła i gościnna jak na wampira! I jak się dowiedziałam, przewidywała przyszłość. Moją również. Oznajmiła innym członkom swojej rodziny o naszym przybyciu. Moim i Sama. Ciekawa też byłam, czy przewidziała moje rozstanie z Jacobem… Potrząsnęłam delikatnie głową, zatapiając się powrotem w myślach.
Był też owy Jasper. Wyglądał bardziej przerażająco niż Alice. Też miał postrzępione włosy, w odcieniu blond. I te oczy... Wciągające. Uśmiechał się delikatnie, ale nie tak spontanicznie jak Alice.
Dowiedziałam się, że jeszcze był Emmett i Rozalie, również para, ale aktualnie byli na polowaniu w górach. Zadrżałam, widząc przed sobą scenę jak dwoje wampirów rzuca się na rdzawobrązowego wilka... Mojego Jake’a, który nie był moim Jake’iem.
Westchnęłam cicho, patrząc na swoją nogę. Carlisle zdążył ją owinąć bandażem. Nie bolała aż tak bardzo, a to tylko dzięki jakiejś maści którą mężczyzna nałożył na moją łydkę. Spojrzeli razem z Samem na mnie.
- Boli cię? – spytał Carlisle, nadal uśmiechając się od ucha do ucha. Nagle Jasper podniósł wzrok, patrząc na mnie z uśmiechem. Leżeli razem z Alice u stóp schodów prowadzących na górę.
- Nie, nie. Dziękuję bardzo. Chyba muszę już wracać do domu. Charlie i Lindsay pewnie się martwią... - chrząknęłam cicho. Lindsay. Jak ja się z nią zmierzę? Nie dam rady. A ona pewnie o tym nie wie... Stąd takie dziwne zachowanie Jake’a rano.
- Tak, masz rację Alice. Powinniście już się zbierać. Zmierzch dawno zapadł. Pewnie niedługo wrócą Emmett, Rosalie i Esme. – Sam podszedł do mnie i spowrotem wziął mnie w gorące ramiona. No tak, jeszcze była Esme, partnerka Carlisle’a. Uśmiechnęłam się niemrawo do blondyna, Jaspera i Alice. Dziewczyna z wesołym uśmiechem na twarzy pomachała do mnie.
- Odwiedź nas jeszcze kiedyś! – zaświergotała.
- Pewnie. – uśmiechnęłam się delikatnie. – Do widzenia Carlisle. Na razie Alice i Jasper! – Sam też się pożegnał i wyszliśmy w ciemność.
Przez rodzinę Cullenów całkiem zapomniałam o Jacobie. I złamanym sercu. Nagle poczułam smutek i ból, jednak nim mrugnęłam uspokoiłam się zewnętrznie. Jasper! Warknęłam pod nosem i westchnęłam cicho. Czekała mnie jeszcze długa droga do domu. I konfrontacja z Lindsay. Moim wrogiem… Nie, nie była moim wrogiem. To nie jej wina, że Jacob się w niej wpoił.
Czułam się beznadziejnie. Nadal w to wszystko nie wierzyłam. Przymrużyłam oczy z bólem i cierpieniem. Byliśmy na tyle daleko od domu Cullenów, że nawet Jasper nic by tu nie zdziałał.
Musiałam się zatopić w śnie. Ale jak miałam to zrobić, skoro nadal miałam nadzieję, że to jeden wielki koszmar?
Musiałam się pogodzić ze swoim losem. Chociaż nie było mi łatwo.
5 marca 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz