"I found myself in Wonderland, Get back on my feet again"

~ Avril Lavigne "Alice"





7 marca 2010

Rozdział 16.

Mijały minuty, może godziny. Nie obchodziło mnie to w ogóle. Siedziałam ciągle na podłodze obok swojego byłego chłopaka.
Kurczę, jak trudno było mi uwierzyć, że jeszcze dziś rano kochałam go nad wieki.
Westchnęłam cicho i oderwałam się niechętnie od Jacoba. On pewnie źle się czuł z tym, że nadal mnie przytulał mimo tego, że już mnie nie kochał. Sam mi to wyjaśnił :
- Posłuchaj… Nadal cię kocham, ale jak przyjaciółkę, siostrę. Nie tak mocno jak wtedy.
Powoli się z tym godziłam. Bo miałam inne wyjście? Nie. Musiałam być twarda, jak Leah znieść obecność Jake’a w moim domu. I postawić się w sytuacji Lindy. Musiałam być dzielna.
- Będę już się zbierał… - zaczął nieśmiało Indianin, odrywając się powolnym krokiem od podłogi.
Pokiwałam głową, obejmując ramionami kolana. Znowu zerknęłam w lustro. Byłam blada, włosy pozlepiały się do mojej mokrej od łez twarzy, miałam sine miejsca pod oczami. Nadal przypominałam zombie.
- A… Kiedy masz zamiar… No wiesz… - chrząknęłam, aby dodać sobie odwagi. – Powiedzieć Lindsay co do niej czujesz. – szepnęłam, oddychając głęboko. Również wstałam, podchodząc wolnym i nieco chwiejnym przez nadal obandażowaną nogę krokiem do toaletki. Złapałam pierwszą lepszą gumkę do włosów i związałam nią swoje pasma.
Jake przyglądał mi się badawczo, nie wiedząc, co począć. Chyba sam nie miał jeszcze do końca pojęcia, kiedy to powiedzieć.
- Wiesz… Chyba jutro, po szkole. – spuścił zagubiony wzrok. – Jeżeli nie chcesz tego widzieć, to mógłbym od razu zawieźć cię do Charliego lub Emely… - zaproponował.
Pokręciłam głową.
- Nie, pójdę na spacer… Nic mi nie zaszkodzi. Pewnie jak wrócę jutro to i tak będzie wniebowzięta. – próbowałam zaśmiać się jak najbardziej spontanicznie, ale w końcu przypominało to warknięcie.
Jacob spojrzał na mnie badawczo, poczym westchnął.
- To na razie. Wybacz, że tak wyszło. – podszedł do mnie i mocno objął mnie ramionami. Nie mogłam nic wykrztusić – ciało Jake’a zmiażdżyło mi płuca.
- Jacob… - wydukałam niesprawnie, szamocząc się w jego objęciach. Nic.
Po chwili jednak spojrzał na mnie zdezorientowany i oderwał się momentalnie od mojego ciała. Podrapał się po głowie.
- Wybacz… Zapominam, że jesteś człowiekiem. – zaśmiał się gorzko pod nosem. Podszedł do mnie ostrożnie i musnął rozgrzanymi wargami moje blade czoło.
- Błagam, nie rób nic głupiego z mojego powodu. Jasne? – spojrzał na mnie. Pokiwałam energicznie głową, chociaż nie byłam pewna, czy do końca go posłucham. Zaśmiałam się złośliwie pod nosem.
Jacob w mgnieniu oka znalazł się przy oknie. Za chwilę wyskoczył z niego i z cichym trzaskiem wylądował na ziemi. Nie chciałam na to patrzeć, ale ciekawość wzięła górę i podbiegłam do okna. Stał na oświetlonej blaskiem księżyca trawie, patrząc w dal. Westchnął pod nosem i rzucił się pędem w las, który znajdował się niedaleko.
Kątem oka zauważyłam, że po jego kręgosłupie przeszły potężne dreszcze.
Za chwilę dało się słyszeć głuchy huk i gdzieś w dali, tętent wilczych łap.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że nic nie zdziałałam. I nie zdołam zdziałać.
Mimo tego iż powstrzymywałam się z całych sił, wybuchnęłam gromkim płaczem, rzucając się ostatkami sił na moje miękkie łóżko. Łydka, ocierając się groźnie o materiał, zaczęła ciągnąć boleśnie, ale zignorowałam ten błahy odruch mojego ciała. Zanurzyłam twarz w poduszce i płakałam, może z 15 minut. Pociągnąwszy nosem, wstałam z miejsca i jeszcze raz zerknęłam w lustro. Przydałaby mi się odświeżająca i relaksująca kąpiel. Pokuśtykałam do szafy i wyjęłam z niej szorty i starą bluzkę. Ze spuszczonym wzrokiem wyszłam z pokoju kierując się do łazienki.
***
Nie miałam pojęcia, czy to był sen czy może jawa, ale czułam się tak, jakby to działo się na prawdę.
Znalazłam się w górach. Mroźny wiatr owiewał moje kruche ciałko, powodując, że wyginałam się raz w prawo raz w lewo, jak trzcina. Pociągałam nosem, drżałam z zimna. Nie miałam pojęcia, co mam robić. Kiedy krzyczałam – nie wydawałam z siebie żadnego dźwięku. Kiedy płakałam – łzy zamarzały na moich policzkach. W końcu postanowiłam rzucić się w przepaść – miałam teraz stuprocentową pewność, że to sen. Bo jak miałam inaczej wytłumaczyć to, że poszłam spać w łóżku, a znalazłam się w górach?! Zerknęłam od niechcenia w dół. I wtedy mnie zmroziło.
Na dole wcale nie było stromo. Znajdowała się tam cała wataha olbrzymich wilkołaków. Gdzieś z tyłu zauważyłam świecące istoty. Blade jak światło księżyca. Wampiry. Nawet zdążyłam zerknąć na ową wesolutką Alice. Ale teraz nie była cała w skowronkach. Jej dziewczęca twarz wykrzywiona była w smutku i przerażeniu. Drżała, chociaż nie z zimna, ale ze zdenerwowania. Zmarszczyłam nos. O co tu chodziło?! Czy tylko mi śniły się takie bezsensowne rzeczy?
I wtedy ich zobaczyłam. Po środku tej całej „ekipy” stał Jacob, przytulając Lindsay. Byli przeszczęśliwi, w przeciwieństwie do innych. Jakby cieszyli się z tego, że mnie boli.
I to na mnie podziałało jak magnes. Ignorując ból w klatce piersiowej, rzuciłam się z przepaści wprost w pyski wilków.
Kątem oka zauważyłam, że mina Jacoba zmienia się. Wykrzywiona teraz była smutkiem i bólem. Wymówił bezgłośne „wybacz”.
Obudziłam się z dzikim płaczem i szlochem. Wbiłam policzek w calusieńką mokrą od łez poduszkę. Serce biło mi znacznie szybciej niż zwykle. Odetchnęłam głęboko dla uspokojenia, ale nawet to nic nie dało. W końcu płakałam tak gdzieś z kilka minut. Kiedy miałam już wstać i po prostu pójść do łazienki, do pokoju wpadła Lindsay. Ubrana była w zwykłe czarne rurki, co mnie zdziwiło, biały top z napisem „I love NY” i szary kardigan. W blond pasmach zawieruszyła się jej czarna szczotka. Spojrzała swoim przerażonym wzrokiem na mnie. Zapewne usłyszała, jak ryczę w niebogłosy.
- Co jest? – spytała, przeczesując swoje pasma.
Pokręciłam głową.
- Miałam koszmar… Realistyczny bardzo. – wyszeptałam. Sprawdziłam, czy łydka nadal mnie tak boli. Nic nie odczułam. Maść Carlisle’a dała radę. Włożyłam stopy w mięciutkie kapcie i podeszłam powolnym krokiem do półki. Usiadłam przed nią, wpatrując się we wnętrze szafki.
- Nie masz w co się ubrać? – zachichotała Lindsay, siadając obok mnie.
Pokręciłam głową, przełykając ślinę. Jak ja mogłam wytrzymywać w jej towarzystwie? No jak?! Najchętniej bym jej wszystko wygadała. Ale nie mogłam. W końcu to była moja siostra.
Najukochańsza siostrzyczka, która ukradła mi chłopaka.
Potrząsnęłam delikatnie głową, aby wyrzucić z głowy te uporczywe myśli.
Spojrzałam na nią.
- Nie, zaraz coś wygrzebię. Nie martw się.
Wzruszyła tylko beznamiętnie ramionami i podniosła się z miejsca. Podeszła do framugi drzwi i ostatni raz na mnie spojrzała.
- Co chcesz jeść? Płatki, jajecznicę czy omlet? – podrapała się po głowie.
- Płatki mogą być… - szepnęłam, wyciągając z szafki białą bluzkę, fioletowy sweter do kolan i czarne spodnie, rurki. Nie miałam zamiaru dbać aż tak bardzo o swój wygląd. Nie miałam na to ochoty. Wszystko było mi obojętne…
Złapałam ubrania w dłoń i popędziłam do łazienki z niechęcią. Miałam nadzieję, że Lindsay nie zorientuje się, że jestem inna niż zwykle.
Dopiero teraz do mnie dotarło, że przed tym, jak Jake mnie „rzucił”, trudno mi to było tak nazywać, zachowywałam się identycznie jak Alice Cullen.
Podrapałam się po głowie, łapiąc klamkę drzwi od łazienki.

1 komentarz:

  1. Twój blog z powodu niespełnienia regulaminu nie może być ocenionym na www.super-oceny-opowiadan.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń