-Jake...Gdzie my biegniemy?-spytałam szeptem do ucha wilka,przygryzając swoją zaróżowiałą wargę.Ciekawe,gdzież to mnie prowadził?Jeszcze nigdy tu nie byłam.
Wokół nas rozciągały się wspaniałe widoki - klify,ocean o barwie atramentu,złocista plaża i tajemniczy las.Powoli zmierzchało.Poznałam to po tym,że niebo zlało się z chmurami w ciemny obraz,pozbawiony jakichkolwiek gwiazd.Gdzieniegdzie pozostały jeszcze promyki słońca.
Jake mruknął,poczym delikatnie się zatrzymał.Zmarszczyłam nos z zaciekawieniem.Oderwawszy policzek od ciała Jake'a,podniosłam wzrok.Była to mała wysepka pod zboczem klifowym.Nie wierzyłam,że Jacob się tu zmieścił.Uśmiechnęłam się wesoło,zadowolona tym,że Indianin mnie tu zabrał.Przygryzłam wargę, ostrożnie schodząc z wilka tym samym sposobem,jakim weszłam.Wziąwszy głęboki oddech,rozejrzałam się.Od miejsca w którym staliśmy było zaledwie kilka kroków do oceanu.Nie miałam zamiaru się kąpać,ale przyznałam,że jest to bardzo ciekawe i tajemnicze miejsce.
W tym czasie mój ukochany patrzył na mnie wilczymi oczętami.Również na niego spojrzałam i westchnęłam radośnie.
-Tu jest pięknie,Jake.-wyszeptałam,muskając wargami jego ogromny nos.Zaszczekał kilka razy i pobiegł.
Przez moment nie miałam pojęcia,co się stało.Dopiero po chwili skojarzyłam.
Jaka ze mnie idiotka!Palnęłam się lekko w czoło.Poszedł się przemienić.Spokojnie usiadłam tuż pod skarpą,podciągając kolana aż pod brodę.Wpatrywałam się w ocean nieprzytomnie.
Zastanwiało mnie,czy ci "inni" ze sfory mnie zaakceptują.A może Jacob nie miał zamiaru w ogóle mnie przedstawiać?W pierwszej chwili oburzyłam się,gdyby tak zrobił.Ale później dotarło do mnie,że ja również tak bym postąpiła.Westchnęłam,przymykając na chwilę powieki.
-Jak przejażdżka?-podskoczyłam w miejscu,zaskoczona jego głosem.
Pokręciłam głową z rozbawieniem.
-Zawału dostanę.-skwitowałam z radosnym uśmiechem.Wskazałam czubkiem głowy na miejsce obok mnie,a szczęśliwy chłopak usiadł we wskazanym miejscu.
Patrzyliśmy sobie przez dłuższą chwilę w tęczówki,poczym Jacob odezwał się:
-Rozumiałaś,co chcę ci przekazać?No wiesz...szczekałem,mruczałem i te sprawy.-rozbawił samego siebie tym tekstem.Parsknęliśmy oboje głośnym chichotem.
-Pewnie.-szepnęłam po chwili,kiedy już się uspokoiliśmy.
Jacob pogłaskał mnie czule po policzku,poczym nachylił się nade mną,aby niedługo potem złożyć na moich ustach pocałunek.
Nie miałam nic przeciwko temu,nawet pragnęłam tego jak nigdy.Objęłam szyję Indianina kruchymi rękoma,pogłębiając ten niewinny całus.
Jacob również nie miał nic przeciwko,ale po kilku minutach zatrzymał się gwałtownie i oderwał moją twarz od swojej.Zmarszczyłam nos,wyraźnie niezadowolona tym gestem.
-Coś nie tak?-spytałam z troską,kiedy Jacob spojrzał tępo w stronę wysokich drzew iglastych.Jego mina mówiła o tym,że coś lub ktoś jest w pobliżu.
Ocknął się po chwili i musnął gorącymi wargami moją skroń.
-Chłopaki.Chcą cię poznać.-wyszeptał mi do ucha kojącym głosem,uśmiechając się łobuzersko.On był wyraźnie tym podekscytowany,ale mi nie było do śmiechu.Bałam się.Jednak się bałam.Poprzednie myśli powróciły.A jeżeli oni mnie nie zaakceptują?Wzięłam głęboki oddech,przymykając powieki.
***
-Chodź,Alice.-Jacob złapał mnie za rękę.Wydostaliśmy się z tajemniczego miejsca,kierując swoje kroki ku drzewom.Nie mogłam nadążyć za zbyt szybkim krokiem Indianina,więc ten jednym sprawnym ruchem wziął mnie w gorące i silne ramiona.Nie miałam nic przeciwko.Schowałam wystraszoną twarz w jego pierś,wsłuchując się w rytmiczne bicie serca Jake'a.Nie wiedziałam dlaczego,ale dodawało mi to otuchy.
Jacob zauważył mój brak radości dopiero,gdy byliśmy wśród liści.Spojrzał na mnie ze zmarszczonym czołem.
-Skarbie,coś nie tak?-spytał,odgarniając moje brązowe kosmyki z twarzy.Westchnęłam,wreszcie patrząc mu prosto w tęczówki.
-Boję się-wyszeptałam niechętnie,przygryzając wargę.
Jake westchnął,zatrzymując się nagle.
-Nic ci nie zrobią.Sam ich powstrzymuje.-wybąkał oschle,patrząc nieprzytomnie w trawę.
Pokręciłam głową.
-Nie,nie!Boję się,że mnie nie polubią...
Jake od razu się rozpromienił.Zachichotał pod nosem i biegł dalej w ciemność.
-Oj,Mała.To są zwykli chłopcy.W Vancouver miałaś kolegów,prawda?-zerknął na mnie z radosnym uśmiechem.
Pokiwałam powolnie głową,nie mając pojęcia,o co mu chodzi.
-No właśnie.Pomyśl,że to są moi koledzy.Zwykli przyjaciele,normalni ludzie.Chcę ci ich przedstawić.-wyszczerzył się,zatrzymując nagle swoje kroki.
Zaciekawiona,rozejrzałam się.Nie zauważyłam nikogo.Tylko pustka.
-Cześć Sam!-rzucił Jacob w otchłań.Nadstawiłam uszu.Nic.Nic nie słyszałam,nic nie widziałam.
-Witajcie!-usłyszałam czyjś spokojny baryton.Po chwili z gąszczy wyłonił się umięśniony mężczyzna.Był ledwo wyższy od Jake'a,może nawet równy.Tak jak mój ukochany,nie miał koszulki.Spojrzał na mnie i uśmiechnął się niemrawo.
-Alice?Miło cię poznać,jestem Sam.-przedstawił się kulturalnie.Jacob postawił mnie na ziemi,a ja niby w odruchu przysunęłam się do jego boku.Po chwili poczułam gorące ramię Indianina.Ulżyło mi.
-Cześć...-szepnęłam swobodnym tonem.Byłam z siebie dumna.Sam wydawał się zwyczajnym mężczyzną.Nawet pozwoliłam sobie na delikatny uśmiech.
-No proszę,Jake przyszedł z panienką!-zawołał kolejny,nieznany głos.
-Co ona taka wystraszona?-rzucił następny.
-Dziwisz się?Znajduje się sama w lesie w otoczeniu wilkołaków.-dodał kolejny.
Zmarszczyłam nos.
Jake zachichotał cicho.Czekałam na dalszy rozwój wypadków.
Po chwili z ciemności wyłonili się następni umięśnieni Indianie.Wszyscy byli tak samo ostrzyżeni i również nie mieli koszulek.Policzyłam ich i wyszło mi,że razem z Samem jest ich dziewięciu.Zaraz,zaraz! Z gąszczy ostatnia wyłoniła się kobieca sylwetka.Tak,była to Indianka.Jako jedyna zachowała kamienną twarz i widać,nie zainteresowana moim przybyciem,patrzyła w bok.
-Poznajcie Alice.-oznajmił wesoło Jacob.
Popatrzyłam każdemu z osobna w twarz,uśmiechając się radośnie.
-Cześć!-rzuciłam wesoło.
-To jest Paul,Jared,Seth,Quil,Embry,Brady,Collin i Leah.-przedstawił każdego po kolei mój luby.
-Podobna do Claire,nie sądzisz Quil?-zadrwił Paul,a reszta (oprócz tajemniczej Lei) parsknęła śmiechem.
Jedynie Quilowi nie było do śmiechu,za to dał Paulowi porządną sójkę w bok.
Zdziwiło mnie zachowanie Sama.Patrzył w moją stronę z uniesioną brwią i nieodgadnionym wyrazem twarzy.
-Chodźcie do Emely.Upiekła pewnie coś pysznego.-zaprosił nas Sam,a wszyscy,komentując pojawienie się nowej postaci,pobiegli w stronę ciemności,zapewne,aby się przemienić.
Jacob chciał zrobić to samo,więc pocałował mnie delikatnie w usta i uciekł,aby po chwili do mnie powrócić.
Tak oto poznałam grupkę wesołych wilkołaków.Miałam nadzieję,że zostaną dla mnie drugą rodziną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz